czwartek, 24 grudnia 2009

Życzę Wam.....


.... dobra.

Życzę sobie i wszystkim, którzy tu zagladają DOBRA - żebyście je umieli dawać i byście dostawali je w zamian. Zawsze i wszędzie. Nie tylko w Dzień Bożego Narodzenia :)

środa, 23 grudnia 2009

Ach, co to był za śluuuuuuuuuub......... :D



Nasz własny :D 12.12.2009 roku :D

Nieco hardcorowy :D W różowej sukience i z Panem Młodym, który obejrzawszy się w Kościele za siebie, stwierdził, że robi się "mokro" i zaczął gorączkowo szukać obrączek po kieszeniach czym wzbudził salwę śmiechu :DDDDDD

Z udziałem naszych Rodzin :D I z cała masą biegających i wrzeszczących dzieci. I bez muzyki, bo całkiem o tym zapomnieliśmy, ale na szczęście nikt nie zauważył :D

Ślub zakończony twardym rozkazem Panny Młodej: KOŃCZYMY ;D Bo biedne dzieciaki uwiły sobie gniazdo z płaszczy i kurtek innych gości pod jednym z restauracyjnych stołów i udały się na spoczynek :D

Troszkę żałujemy, że to wszystko stało się tak szybko, i mówiąc prawdę, lekko niespodziewanie, bo nie wszyscy, których chcieliśmy zaprosić na nasze święto mogli wygospodarować tak nagle czas na podróż, ale po szesnastu latach narzeczeństwa zostaliśmy MAŁŻEŃSTWEM :D

niedziela, 29 listopada 2009

Z domu

Jeszcze przedwczoraj byłam w Kairze.

Ostatni raz przejechałyśmy się ze Sławką kairskim autobusem. Poszłyśmy na Cytadelę i do starej dzielnicy z przepięknymi meczetami. Ostatni raz odwiedziłyśmy suk i wypiłyśmy pachnącą, mocną i słodką herbatę.

Wieczorem przyjaciele Sławki urządzili imprezę w stacji, a później Sława i Fabian - jej kolega (tak wygłupiał się w taksówce, że rozbroił nawet kierowcę, a ja śmiałam się jeszcze w samolocie), odwieźli mnie na lotnisko.

Znowu mogłam podziwiać przecudowny, nocny Kair. Chyba żadne inne miasto nie jest tak piękne i błyszczące jak to. Mimo całego brudu, smogu, zza którego nie widać panoramy z Cytadeli, śmieci na ulicach i powietrza, od którego kaszlałyśmy jak zepsuty diesel, chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić.

I już zaczynam tęsknić.


Przyjechałam do Poznania.

Jerzy odebrał mnie z umówionego miejsca i natychmiast stwierdził, że najpierw zabiera mnie na obiad. Do nowej, kilka dni temu otwartej, restauracji Goko. Było pysznie, a Mój Mężczyzna wygłupiał się jedząc ... pałeczkami :DDD Ale to nie koniec: zaczęły dzwonić telefony, a Jerz, najpierw gadając z rozmówcą szyfrem, stwierdził, że to nie koniec atrakcji - teraz jedziemy do kina. Zaczęłam się załamywać - byłam już tak zmęczona, że chciało mi się płakać. Potem jeszcze jakieś zakupy. Najwyraźniej miałam nie dotrzeć do domeczku.

W domu WIELKA NIESPODZIANKA!

Jerzy, nie śpiąc przez kilka nocy, wyremontował pokój Zosi i naszą sypialnię!

Mój Ukochany zrobił w naszym pokoju totalną rewolucję. Mamy teraz ogromną, wygodną szafę z lustrami, przepiękny porządek (uczyniony przez Pryszczatą Świnkę - Dominikę, która tydzień spędziła w szpitalu i zamiast leżeć, umęczyła się z niespodzianką dla mnie - to ona opóźniała nasz powrót do domu) i ciemnoczerwone, nastrojowe ściany oraz dopasowane do tego wszystkiego firanki.

Mam cudowną rodzinę.

czwartek, 26 listopada 2009

M'as salama Aleksandrio

Wczoraj lało.
Podobno zawsze na Świętą Katarzynę tu pada. Przesiedziałam dzień w domu, a wieczorem przyszło kilka przemiłych osób :)

Za to dziś od rana biegaliśmy, bo Sława i Jakub mieli wolny dzień. Najpierw Katakumby Anfuszi, a potem Kom asz Szukafa - też nekropola. Zdjęć bardzo niewiele, bo tak jak w większości miejsc, nie wolno fotografować.

Potem znowu suk i zaciekłe targowanie - tu chyba wszyscy to uwielbiają. Kupiłam chustki - Egipt, to prawdziwe chustkowe zagłębie - może dlatego, że niewiele kobiet chodzi tu bez nakrycia głowy. W każdym razie nie widziałam tu dwa razy takiej samej szmatki :D

A jutro wyjeżdżamy do Kairu.

Do widzenia Aleksandrio - mam nadzieję, że kiedyś tu wrócę.

środa, 25 listopada 2009

List z domu :)

Było mi smutno kilka dni temu , ale dostałam z domu, od Ukochanego, maila:

Zosia dziś rano podczas ubierania śpiewała:
Boża radość mnie rozbiera.... uuuuuu.

A zaraz potem:
Bród kocha mnie takiego jakim jestem
Bród kocha mnie każdym swoim gestem....:)

wtorek, 24 listopada 2009

Aleksandrii c.d.

Najpierw było Muzeum Narodowe, a potem Kolumna Pompejusza.

Ale jeszcze przedtem znowu odwiedziłam cmentarz włoski. Bardzo tu spokojnie i można uciec przed miejskim zgiełkiem, który zaczyna mnie już troszkę męczyć. Bielusieńkie grobowce, murszejące krzyże, pamiątkowe płyty dla ukochanych, którzy odeszli, pomalutku ulegają rozkładowi jak śliczne kamienice, w których kiedyś, dawno temu, mieszkali Ci sami ludzie, których nazwiska pamiętają wciąż chyba już tylko nagrobki.

Po wyjściu z nekropoli dostałam dawkę klaksonów, odbyłam sprint między autami (zaczynam być w tym naprawdę dobra :D) i wmaszerowałam do Muzeum Narodowego. Tam natychmiast pozbawiono mnie statywu (względy bezpieczeństwa - wszędzie czyhają terroryści :D), a potem mogłam już spokojniutko obejrzeć sobie kolejną porcje prześlicznej ceramiki, szkła, biżuterii i innych pamiątek po.... zmarłych. Hm, takie muzeum, to też rodzaj cmentarza.

Do Kolumny pomknęliśmy taksówką. Już pisałam, że tu nie istnieją żadne przepisy drogowe. Dziś kierowca przeszedł sam siebie, gadając przez cała drogę przez komórkę i dwukrotnie narażając nas na czołówkę z tramwajem, a potem wykrzykując i wykłócając się o stawkę za przewóz z Jakubem.

Wracaliśmy już na piechotę. Po drodze spostrzegliśmy jeszcze jeden suk i postanowiliśmy go spenetrować.

Sława zaciekle szukała kolejnej sziszy do kolekcji. Ja, jak obłąkana, w potwornym ścisku znowu próbowałam zrobić jakieś zdjęcie, a Jakub,wystając ponad tłum jak samotna wyspa, pilnował żebyśmy znowu nie zginęły jak wczoraj. Normalnie koszmar przedszkolanki ;DDDD

Trafiliśmy do ulicznej rzeźni. Właściwie na ulicę Rzeźnicką. Od początku do końca stały stoły z królikami, kurami, indykami, leżały młode wielbłądy i krowy. Barany w kojcach czekały na jutrzejszą kaźń - święto Bajram (Id al Adha), przypominające o ofierze Abrahama. Wiem - mało przyjemne, ale wbrew pozorom Egipcjanie jedzą bardzo mało mięsa. Co kraj, to obyczaj - z powodu małego spożycia mięsa biedni cieszą się z jutrzejszego święta.

Jakoś nam to wszystko nie odebrało apetytu. Od kilku dni polowaliśmy na krewetki i kalmary i dziś udało się nam dojść do knajpki gdzie to serwują. Po ścianie szedł karaluch, pod stołem czatował kot, a krewetki były świetne :DDDD

Hm, właśnie przed chwilą ktoś mnie próbował wystraszyć żółtaczką. Wprawdzie dotąd jakoś udało mi się uniknąć, bardzo tu popularnej, "zemsty faraona", choć wszyscy spotkani ludzie przeżyli tę wątpliwą atrakcję, ale może faktycznie karaluchy w knajpie nie są doborowym towarzystwem?

Jutro poproszę moją patronkę, Świętą Katarzynę - jutro jest tu też jej święto) o opiekę nad moim systemem trawiennym :DDD.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Wyrazy ubolewania

... i serdecznego współczucia.

Dla turystów obwożonych, jak króliki w klatkach, klimatyzowanymi autobusami.

To, że mogę się tu zgubić, stanąć oko w oko z karaluchem w łazience, posmakować miejscowe żarcie z blaszanej, pogniecionej miski, wypić koszmarnie słodką i mocną herbatę i pogadać na migi z każdą napotkaną osobą daje mi coś czego nie doświadczy żaden "zorganizowany" turysta.

A teraz Kuba i Sława pokazują mi czego nie udało mi zobaczyć, ale może kiedyś się uda. Oglądam setki jakubowych zdjęć z Siwa, Synaju, Asuanu, Luksoru. Za chwilę jeszcze więcej zdjęć pokaże nam Sława. A ja będę mogła sobie pomarzyć :D

Per pedes apostolorum...

... czyli "piechotą, na wzór apostołów" polazłam dziś bulwarem Cornishe, nad samym morzem, do fortu Quaitbaia.

Fajna to była wycieczka. Szłam sobie i szłam. To dość daleko od nas na piechotę. Tradycyjnie już, pozdrawiali mnie wszyscy napotkani Egipcjanie i część z nich żądała zrobienia im zdjęcia.

Bardzo sympatycznie się wędrowało i podglądało rybaków wiążących sieci i wracających z połowów, wędkarzy, spacerujące pary i moje ulubione koty.

Koty są tu zresztą wszędzie. Małe, duże, pręgowane, łaciate - jakie kto chce. Żebrzą pod kafejkami i knajpkami, grzebią w śmietnikach, są w całym mieście. Wczoraj napotkaliśmy karmicieli kotów. Panowie siedzieli w zaśmieconym miejskim parku na ławeczkach i z plastikowych torebek wyrzucali czekającym zwierzętom resztki mięsa. Warto to robić: inaczej Aleksandrię zjadłyby szczury.

Od rana szedł dziś za mną jakiś pan. Towarzyszył mi przez niemal całą drogę. Raz był przede mną, raz za mną. Dość szybko się zorientował, że go zauważyłam i najpierw pokazywał mi koty, a potem pięknego egipskiego zimorodka, polującego z nabrzeża. Zajęta próbami zrobienia zdjęcia nie zauważyłam jak facet zniknął. Prawdopodobnie był to mój anioł stróż z policji turystycznej.

Dotarłam do fortu Quaitbaia. Tu skończył się spokój i zaczęły sie schody. Najpierw napadli na mnie dorożkarze, chcący przetransportować mnie za poczwórną cenę do centrum miasta dychawiczną habetą, potem pojawili się sprzedawcy dóbr wszelakich, oferujący gipsowe skarabausze, lakierowane muszelki i śniegowe kule z piramidą w środku. Na koniec oskubali mnie z kasy za bilet, którego nie dostałam, policjanci w Forcie.

E tam - i tak było fajnie choć nogi bolą mnie nieprawdopodobnie - przedeptałam dziś troszkę.

Popołudnie było pasmem uciech hedonistycznych. Pożarliśmy grupowy obiad u Mohameda Ahmeda (jego wierną klientką jest Królowa Zofia Hiszpańska) na blaszanych talerzach w niedużej knajpce. Było wspaniale. Był ful aleksandryjski (bób z tahiną, pomidory, pietruszka, świeża cebulka), moja ulubiona torszia (znakomita ostra marynata z warzyw o zapachu... gnijącej ścierki, o jakże znamiennej nazwie :DDD), kiszone buraki, zupa z soczewicy - sziorba ac z kamunem, duszone w pomidorkach bakłażany, humus i tahina. Muszę tu jeszcze spróbować molohiji czyli zielonego gluta - mówią, że pyszny, a ja wierzę. Potem kawka z kardamonem u Greka Safianopoulosa. Jestem w kulinarnym niebie :DDDDDDD

Teraz siedzę sobie najedzona i szczęśliwa (jak jestem najedzona to u mnie stan chroniczny :DDDDD), korzystam bezczelnie ze stacyjnego komputera, bo nie wiem kiedy znowu go dopadnę.

niedziela, 22 listopada 2009

Al'Iskandarija

Po mrożącej krew w żyłach podróży taksówką na dworzec kolejowy (bagaże, nie przypięte, na dachu samochodu przy szybkości 140 km/h) wsiadłyśmy do wagonu pierwszej klasy, jadącego do Aleksandrii.

Dojechałyśmy na miejsce i pierwszą napotkaną atrakcją okazały się być moje........ nogi. Po pięciu dniach intensywnego joggingu po Kairze, cztery godziny w pociagu okazały sie zabójcze i sprint z walizką skończył się ostrym bólem, przykórczem mięśni i płaczem.

Nogi zwalczyłam. I koniec. Tyle do zobaczenia, a ja mam siedzieć w miejscu? NIGDY W ŻYCIU!!!!!

Wieczorem pierwszy spacer po mieście w towarzystwie Joanny i Kuby do wybrzeża. Kuba zna tu wszystkich w okolicy. Witają go wszyscy spotkani ludzie w dzielnicy, a dzieciaki go uwielbiają: gra z nimi w piłkę.

Następnego dnia zostałam zabrana na wykop. W centrum miasta widnieje wielka dziura w ziemi, a w niej pracują polscy archeolodzy. Między innymi Sławka, Joanna, Kasia i Jakub. Z polskich akcentów mam tu jeszcze ........ dudki i pliszki :DDDDDDDD Mieszkają w ruinach i wyżerają robale z trawnika. Nie boją się wcale.

W piątek zrobiliśmy sobie wycieczke do Wadi Natrun. Do koptyjskich klasztorów. Piękne miejsca i przedziwne historie świętych.

Dojechaliśmy najpierw autobusem, a potem tuk-tukiem :DDDDDD - śmiesznym pojazdem skonstruowanym z motocykla. Władowaliśmy się do tego ustrojstwa i przemieściliśmy ciała do pierwszego z klasztorów. Później korzystaliśmy z uprzejmości koptyjskich pielgrzymów, których tego dnia było tu mnóstwo. Byli tak mili, ze specjalnie zbaczali z drogi, żeby nas dostarczyć do upatrzonego miejsca.

Tak sobie myślę, że dziwni musieli być ci mnisi: dobrowolnie osiedlić się na środku niczego? Hm.

Wczoraj, za to, główną atrakcja dnia było moje ......... zgubienie się w mieście. W sumie, w końcu się odnalazłam, ale pomieszało mi się dokładnie wszystko: wąskie uliczki z wymieszaną i koszmarnie zaniedbaną, kolonialno-współczesną zabudową, sklepiki, uliczne warsztaciki, przekupnie..... Wszystko, wszystko. Dotarłam pod dom i ...... popłakałam się. Wprawdzie dość szybko przestałam, bo w planach była wyprawa na aleksanryjski suk, ale Kasia pożyczyła mi mapę Aleksandrii i dziś już nie zginęłam. To miasto ma ponad 5 milionów mieszkańców! Chyba czuję się troszeczkę usprawiedliwiona.

Suk Aleksandyjski jest miejscem niezwykłym i przedziwnym, a do dobrego tonu należy targowanie się do upadłego ze sprzedawcą. Kuba i Sława osiągnęli w tym chyba poziom mistrzowski i chustki, które początkowo oferowano nam za 40 egipskich funtów kupiliśmy za 15, a z sukienką, którą upatrzyła sobie Sławka, właściciel sklepu biegł za nami jak perszing.

Dziś znowu udręczyłam Joannę pytaniami o mozaiki, a potem poszłam do Cmentarza Łacińskiego. Piękne, ciche i niesamowite miejsce w centrum miasta. Ukryte za wysokim białym murem jest enklawą ciszy i spokoju. I dudków :DDDDDDD Mam wrażenie, ze są tu wszędzie i z zapałem eksterminują miejscowe robale, które tu osiągają rozmiary małego czołgu.

Bardzo tu jest niezwykle w tej Afryce. Tu wszystko jest bardziej: kolory, słońce, temperatury, choroby, ludzie, rośliny. Zwykłe doniczkowe kwiatki, które smętnie u nas wegetują w za małych doniczkach, robią tu za ogromne drzewa. Fikusy, hibiskusy, szeflery, figowce i każde inne zielsko jest wybujałe do niemożebnej wielkości, a rośnie sobie zwykle na środku chodnika dla pieszych i uniemożliwia przejście. Prócz narodowego sportu Egipcjan czyli slalomu między jadącymi autami, nauczyłam się także nie korzystać z ciągów pieszych, a za to, jak Aleksandryjczycy i Kairczycy, tworzyć trzeci, pieszy pas ruchu :DDDDDDDDD

A jutro...... Zobaczę co jutro :DDDD Może znowu uda mi się dopaść komputer :DDDD

środa, 18 listopada 2009

Lost and found :DDDDD

Czyli bagaż został odnaleziony :DDDDDDDD

Dziś przyleciał z Kolonii.

Sława, w upojeniu, biegła jak mały czołg przez halę przylotów i promieniała szczęściem :DDDD W stacji wybebeszyła plecak i przytuliła chyba każdą wyjętą z niego rzecz :DDDDDD Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie szczęścia osoby pozbawionej przez pięć dni bagażu po jego odnalezieniu :DDD Jesteśmy więc w komplecie i możemy zacząć żyć :DDDD

Wczoraj po południu pojechałyśmy sobie do Muzeum Ceramiki. Nawet napisałam co obejrzałyśmy, ale komputer mi zeżarł i juz nie pamietam co powypisywałam. A szkoda, bo obejrzałam dużo fajnych i ciekawych niezmiernie rzeczy. Tu zreszta trudno sie nudzić - wszystko jest ciekawe: ludzie, ulice, jedzenie, wszędobylskie koty grzebiące w śmieciach na każdym rogu ulicy. Pratchett opisując Ankh - Morpork myślał o Kairze.

Dziś wieczorem poszliśmy na spacer. Na ulicach pracowali jeszcze rzemieślnicy: tapicerowie, stolarze, piekarze. Uśmiechnięty, piękny staruszek z wielkim żelazkiem (to pan prasujący usługowo na ulicy powierzone ubrania) pozował do zdjecia ze Sławką i Elizą. Trochę dalej, w małej palarni, kupiłam wielka pakę pachnącej kawy, zmielonej już razem z kardamonem. Po powrocie będę sobie gotować poranną kawkę i wspominać kairskie wieczory.
Jutro wyjeżdżamy w końcu do Aleksandrii. Nie zobaczyłam masy rzeczy, które tak bardzo chciałam obejrzeć, ale i tak dużo dużo więcej niż sie spodziewałam, bo Sławka jest niestrudzona w łażeniu, opowiadaniu i planowaniu kolejnych i kolejnych atrakcji. Mam cichutką nadzieję, że w przyszły piątek, w drodze na lotnisko zobaczymy jeszcze Miasto Śmieciarzy - Muqattam - i monumentalne rzeźby Mariusza Dybicha, którego tu w stacji spotkałyśmy, w koptyjskim kościele. A może uda nam się dotrzeć do Miasta Umarłych? Albo może uda nam się.......?
E tam - Kair na razie stoi. Może kiedyś jeszcze tu wrócę? Bardzo bym chciała.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Kasia na Czarnym Lądzie :DDD

I ciągle jeszcze w Kairze.

Czekając na bagaż Sławki, odwiedziłyśmy dziś z Wojtkiem - bardzo sympatycznym, młodym geofizykiem, dzielnicę koptyjską.

Złaziliśmy Muzeum Koptyjskie i stąd żadnych zdjęć nie będzie: przy wejściu zabrano nam sprzęt i musicie mi uwierzyć na słowo, że trzeba to zobaczyć na własne oczy. Piękna ceramika, jeszcze piękniejsze tkaniny, wszystko w imponujących wnętrzach.

Sama dzielnica bardzo zaniedbana, przepotwornie zrujnowana, ale bardzo niezwykła. Biegałam jak obłąkana od drzwi do drzwi i usiłowałam zrobić jakieś sensowane zdjęcia, ale nie wiem co wyjdzie, bo uliczki są bardzo wąziutkie i nie zawsze obiektyw obejmował całość kadru, który chciałam zrobić.

Poszliśmy na cmentarz koptyjski. Jeśli ktoś spodziewa się rzędów nagrobków, to grubo się myli. Koptowie (Egipcjanie chyba zresztą też) pragną aby ich atentaci spoczywali sobie w warunkach przypominających domowe więc całość prezentuje dość niezwykły melanż miejskiego wysypiska śmieci i podmiejskiego osiedla domków jednorodzinnych. Między tym wszystkim błąkają sie bezdomne kundle, a króluje tu fragment twierdzy Babilon z drugiego wieku naszej ery, zbudowanej za czasów cesarza Trajana. Żal, że takie miejsce jest w tak opłakanym stanie.

Po powrocie Sława się poddała. Oświadczyła, że idzie nabyć niezbędne fragmenty bielizny, bo ma dość tego, że jej plecak lata teraz po całej Europie. Doświadczyłyśmy przyjemności kupowania w kairskim sklepie. Niewiele rzeczy na nas pasowało: Egipcjanki są obficie wyposażone przez naturę z przodu i w okolicy bioder :DDDDD więc lwia część bielizny osobistej przypomina namioty tuaregów :DDDDDDDD Mam przemożne wrażenie, że garderoba kupiona przez moją przyjaciółkę została zaprojektowana dla tutejszych nastolatek :DDDDDDD

Zjedliśmy kolację (na obiad była uliczna szałarma - z barana - luuuuuuuuuubię baraninę :D od dzisiaj) w znajomej falafelowni. Właściciel ucieszył się szaleńczo i zażądał przegrania mu zdjęć z wczoraj na jakąś płytę :D Potem próbowaliśmy nowych rzeczy. Jestem fanką ulicznych knajp :DDDD W małych, cieniutkich berecikach można zjeść: 1) pyszne tałamyje - klopsiki z ciecierzycy z pomidorami i pietruchą, 2) batindżan w tomacie :DDDD czyli bakłażan z pomidorami, 3) pastę z bakłażana z czosnkiem i tahiną, 4) szakszukę czyli jajo z pomidorami, która jako żywo przypomina naszą jajecznicę na pomidorach, ale z racji zupełnie innych proporcji smakuje znacznie lepiej :D
Teraz najedzone, opite jak bąki gorącą herbatą, czekamy na dalszy ciąg serialu pod tytułem "Bagaż w obłokach", który po malutku zaczyna przeradzać się w wenezuelską telenowelę :DDDD

sobota, 14 listopada 2009

Miało być jak zawsze.....

..... a jest jeszcze lepiej :DDDDDDDDD

Leciałyśmy w nocy. Echo jakichkolwiek widoków. Za to sam lot był przedsmakiem Kairu :D

Prócz kilkorga Europejczyków, w tym nas, same afrykańskie rodziny z maleńkimi dziećmi. Między rzędami siedzeń przewalały się tłumy egipskich tatusiów niańczących i uspokajających maluchy. Mamy siedziały sobie spokojnie i oceniały sytuację, a ojcowie przebierali, karmili, kładli spać, przewijali i plotkowali na potęgę :D I hołubili swoje połowice. Normalnie atmosfera jak na suku :DDDD

Nad Kairem zaczęliśmy kołować. Długo. Bardzo długo. Nie dziwcie się. Było pięknie. Miasto z góry wygląda jak klejnot. Albo jak kolonia fluoryscenecyjnych grzybów lub bakterii. Naprawdę. Jest cudowny - nie potrafię tego opisać. W dole płynęły rzeki świateł, a meczety wybijały się błękitno-zielonym kolorem na tle całej metropolii.

Na lotnisku okazało się, że doleciałyśmy tylko my. Nasz bagaż już nie. Omamione obietnicą telefonu i odwiezienia nam walizek do domu, wzięłyśmy taksówkę i odbyłyśmy lekko drastyczną podróż do miejsca zakwaterowania. Pan oferujący swoje usługi, okazał się być przypadkową osobą i połączył przyjemne z pożytecznym, transportując nas do Heliopolis za podwójną stawkę :DDDDD Odkryłyśmy przy okazji, że w Kairze nie istnieją żadne przepisy drogowe, a przy przeglądzie technicznym najważniejszą sprawą jest klakson, którego tutaj używa się tutaj bez żadnych ograniczeń :DDDD

Rano obudziła nas kakofonia klaksonów i ostre światło. I śpiewy muezinów.

Pojechałysmy do piramid.

Hmmmmmmm. Mówiąc szczerze wrażenie zrobiły na mnie niewielkie. Chyba przez stada wycieczek i karawany autobusów. I naciągających nas na wydatki miejscowych handlarzy "wszelkim dobrem" :DDDD Dopiero w samej piramidzie zdałam sobie sprawę z ogromu budowli nade mną i ciężaru kamulców, z których to wszystko stworzono. Hmmmmmm. Wychodziłam baaaaaardzo szybko. Jak wrócę uzupełnie wpisy o zdjęcia i komentarze.

Właściwie pod piramidami największą atrakcję stanowiłyśmy my czyli Sława i ja. Egipcjanie bez przerwy namawiali nas do fotografowania się ze sobą, wypytywali skąd jesteśmy, czym się zajmujemy, jak duże są nasze rodziny. Tego dnia byłyśmy byłyśmy bardziej oblegane niż piramida Chefrena :DDDDDDDD


W drodze spod piramid do domu odkryłyśmy, że wieczorem będzie mecz. Wielki mecz między Egiptem a Algierią. Po ulicach jeździły masy aut z zachwyconymi kibicami, wyły syreny, ludzie skandowali "Egipt, Egipt", trzaskały fajerwerki, wszyscy śpiewali, tańczyli, walili w bębny i korzystali z wszelkich możliwych okazji do zrobienia jeszcze większego hałasu :DDDDDD Żadnej agresji tylko wielka, wielka radość, a potem........ Kair zamarł. Tylko z okien słychać było entuzjastyczne ryki przy każdej bramce. Brak alkoholu sprawił że całe miasto bawiło się do białego rana :DDD

Odzyskałyśmy jedną z walizek i przeżyłyśmy wielką radość, że nie będziemy musiały już zażywać kąpieli, po której trzeba się wycierać kłębem papieru toaletowego i jeszcze większą na widok czystej bielizny :DDDDDDDDDDD

Radość skończyłą się rano: potworną migreną i retrospekcją z posiłków z poprzedniego dnia. Podróż, zdenerwowanie zgubionym bagażem, dwie nieprzespane noce spędzone na poszukiwaniu ich na lotnisku zrobiły swoje.

Nic to. Po południu i tak wybraliśmy się z przemiłym Panem Jarkiem - archeobotanikiem, do Muzeum Kairskiego. Nie będę tego opisywać. Nie da się. Tam trzeba spędzić nie kilka godzin, ale kilka dni po kilka godzin żeby przyswoić, to co się zobaczyło. A jest co oglądać. Oj jest.

Ogólnie: Kair jest miastem potwornie zaśmieconym, hałaśliwym i męczącym, ale ludzie tutaj są życzliwi i chętni do pomocy. Pan z falafelowni niedaleko naszej kwatery poznaje nas już i pozdrawia z daleka, a dziś w małej kanjpce, w której jadłyśmy koszeri (niesamowicie smaczną mieszaninę makaronu, soczewicy, prażonej cebuli i pomidorów) mężczyźni ustąpili nam miejsc, umyli stół i tłumaczyli jak się to je :D Jeśli ktoś ma kompleksy poroponuję leczyć je tutaj :D Dla połowy facetów w tym mieście jesteśmy "habibi" (ukochana, najmilsza), a druga połowa próbuje empirycznie przekonać się (najlepiej w autobusowym tłoku) jak smakuje Europejka :DDDDDDDDD
Teraz siedzimy na tarasie. Pijemy polską żubrówke i palimy sziszę. Sława robi plany na jutro, bo wciąż jeszcze czekamy na jej bagaż. Może jutro znowu uda mi się dopaść komputer i napisać co się działo. Na razie dobranoc :D

czwartek, 12 listopada 2009

No to lecę

Właściwie najpierw jadę, a potem dopiero lecę.

Daleeeeeeeeeeeko.

Do ciepłych krajów.

Miałam takie cudowne wizje: ja, jako ten bocian lubo łąbędź - w każdym razie duże i białe - lecę do tych ciepłych krajów. Rzeczywistość jak zwykle jest złośliwa i polecę... jako wrona raczej, bo właśnie wyhodowałam sobie paskudne zapalenie gardła i wydaję z siebie rzężenie jak zepsuty diesel.

A co tam. Ciepłe kraje to ciepłe kraje. Gardło mi nie przeszkodzi. Idę się pakować i jeśli w trakcie tej straszliwej i niepojętej czynności nie zwariuję, to...lecę. Do zobaczenia :D

poniedziałek, 9 listopada 2009

Miś Bezimienny

Ano bezimienny.

Albo może już nazwany? Nie wiem, bo zamieszkał z Kimś Miłym, kto może nadał mu już jakieś imię :D

W każdym razie kolejny „Kołtuniak” :D

wtorek, 3 listopada 2009

Spać

Przejechał mnie czołg.



Potem ciężarówka.

Później ktoś zeskrobał mnie łopatą z jezdni i wetknął do maszynki do mięsa.

A wszystko przez za małą ilość światła w ciągu doby.
Bleeeeeeeeeeeeeeeeee!

Ale to nic! Za chwilę będzie grudzień i dzień się wydłuży.

I już zaraz przyjdzie wiosna :D O!

czwartek, 29 października 2009

Finezyjne usprawiedliwienie

NanoŚwinka, mimo że jest studentką drugiego roku nanotechnologii została zobowiązana do przyniesienia usprawiedliwienia.

Nieobecność została spowodowana, pośrednio, przez Pana Doktora - chirurga, który ochoczo wypełnił nakaz władz uczelni mojego dziecka i wypisał na karteluszku formatu A12, opatrzonym dwoma potężnymi pieczątkami (jedna z nich głosi, że firma nosi wdzięczne miano „Finezja”), poniższe wyjaśnienie:

Tłumaczę dosłownie:

Nieobecność 22.10.09 wynikła z kontaktu ze mną. :DDDDDDDDDDDDDD

środa, 28 października 2009

Dla Ciotki Klotki :)

To tak a propos tej żabiej orkiestry Ciociu :)

Psiejsko - czarodziejsko

Tak mówił Pies Pankracy mieszkający w telewizorze z Panem Kęstowiczem w baaaardzo daaaaaaaawnych czasach.

Fajne były te czasy. Wesołe :DDDD

Ale nie o tym chciałam napisać. Ktoś Miły mnie pocieszał :) Na pocieszenie dostałam wierszyk. Też z dawnych czasów :D Wierszyk Pana Brzechwy :D


Na brzegu błękitnej rzeczki
Mieszkają małe smuteczki.
Ten pierwszy jest z tego powodu,
Że nie wolno wchodzić do ogrodu,
Drugi - że woda nie chce być sucha,
Trzeci - że mucha wleciała do ucha,
A jeszcze, że kot musi drapać,
Że kura nie daje się złapać,
Że nie można gryźć w nogę sąsiada
I że z nieba kiełbasa nie spada,
A ostatni smuteczek jest o to,
Że człowiek jedzie, a piesek musi biec piechotą.
Lecz wystarczy pieskowi dać mleczko
I już nie ma smuteczków nad rzeczką.


Z mojego doświadczenia wynika, że pies niekoniecznie po mleczku przestaje być w nastroju blue. Czasem nie trzeba nic w miseczce - wystarczy zaproponować psu spacer :DDDD

wtorek, 27 października 2009

Się pocieszam :DDDD

Żabami.

A dokładniej rzekotkami.

Wbrew teorii Świnki z Pryszczycą przedstawione płazy nie są pod wpływem opiatów, którą to hipotezę dzieciątko wysnuło, dostrzegłszy w łapach żabich marakaski z makówek :DDDDDDD

Ponadto instrument drewniany smyczkowy ma pięć zamków, a nie cztery, bo tak. To instrument żabi i należy się pogodzić z istnieniem dodatkowego kluczyka - a nuż się przyda :D Poza tym pięć zamków wygląda ładniej niż cztery :DDDDDD

Makówkowe marakasy :DDDDDDDDD

Zakłopotany post bez tytułu

Kłopoty. Nic, tylko znowu kłopoty.

I dół.

I chciałabym umieć przespać problemy jak małe zwierzątka zimę.

Tyle, że się nie da. Zresztą małe zwierzątka też mają swoje kłopoty: zwierzątkowe.

E tam - już dziś nic nie napiszę, bo znowu będę marudzić. A wiewiórka chwilowo nie ma kłopotów i może spać spokojnie :D


Mimo wszystko zazdroszczę wiewiórce.

środa, 21 października 2009

Poprawiacz humoru :DDDDDDDDDDDD

Jak się wydobywac z doła, to na całego. Pan Gołas zawsze poprawia mi humor :DDDD

Pieskie życie

Pieskie jak pieskie, ale jesiennego doła muszę sobie czymś wypełnić.

Może zaraz sobie wyjmę farbki?

E tam - nie wiem. Za to wiem z czego się dziś okropnie uśmiałam. Z SIEBIE :DDDDDD


W sobotę i niedzielę, wciąż jeszcze odchorowywałam przeziębienie i usypiałam w każdym miejscu, w którym udało mi się posiedzieć dłużej niż trzy minuty :D Psiejstwo korzystało z każdej okazji żeby pokryć mnie dywanem z ciał :DDDDDDD, a Mężczyzna korzystał z okazji do robienia kompromitujących zdjęć :DDDDDDD

A tu jeszcze Najmłodsza Świnka. Ale to akurat zdjęcie z serii "słoooooooooodkie" :DDDD


Krzyś PASJAMI KOCHA spać z Zosią :DDDDDDD

niedziela, 18 października 2009

Żyrafa tym głównie żyje,....

.... że w górę wyciąga szyję.

Zawsze się zastanawiałam jak długi szalik potrzebny jest żyrafie na taaaaaaaaką długaaaaaaaaachną szyję :DDDDD Albo ile potrzebuje syropu jak dostanie grypy?
I kto myje taką szyję?

Nie, taka szyja jest ze wszech miar niepraktyczna, ale za to jaka ładna :DDDD


Raz i dwa, raz i dwa, pewna pani miała psa...

.... a nawet trzy psy :DDD

Wprawdzie te są niezbyt udane, ale co tam - fajnie się je robiło :DDDDD

Teraz nie mam czasu na zabawy w stwórcę więc na razie tylko zdjęcia "kołtuniaków" mieszkających w pudełku po butach :D




sobota, 17 października 2009

Złapał katar Katarzynę - Apsik!!! :D


Zimno mi.

Mam chore gardło i boli mnie głowa. Znowu. Bleeeee.

W dodatku w piątek, czyli jedyny w tym tygodniu dzień kiedy było na dworze pięknie o świcie, bo była szadź, musiałam iść do pracy zamiast na zdjęcia.

Hm, ale to chyba normalne? Wszyscy w piątek pracują przecież :D

W każdym razie JA na zdjęciach nie byłam. Był Mężczyzna i zrobił fajne fotki. Mnie pozostało siedzenie w domu, kichanie, stos chusteczek i farbki :DDDD, bo zrobiło się paskudnie :DDDD

W sumie fajnie: w taką pogodę jak dziś zdjęcia sie nie zrobi, a obrazek można namalować :DDDD

Choćby i taki zakichany :DDDD

Zdawało mi się, że widziałam koteczka :D

Właściwie, to mi się nie zdawało tylko widziałam naprawdę.

W koszyczku do ........ chleba :DDDDDDD

Najmłodsza Świnka zabrała Homerkowi koszyk wielkanocny i nazbierała do niego orzechów. Chwilowo bezdomny kot skorzystał z naszej nieuwagi i włączonego światła nad stołem w kuchni i uznał, że kuchenne naczynie znakomicie nada się do drzemki :DDDDD . Najwyraźniej nie tylko kurczęta korzystają z lamp jako źródła ciepła :DDDDDD

czwartek, 15 października 2009

Tak sobie siedze i marznę.....

.... i sobie myślę.

Wiecie jak wygląda żelazko z duszą? Wiecie - na pewno. A wiecie, że „z duszą”, to znaczy z ciepłem? Ja się dowiedziałam wczoraj, słuchając ze Świnką radia. Bajka była dla dzieci, a my czekałyśmy sobie w aucie na Tatusia i szukając czegoś ciekawego trafiłyśmy na fajną audycję.

No tak sobie potem siedziałam i myślałam o tym czym jest dusza. Bo gdyby tak przyjąć duszę ludzką w kategoriach żelazkowych, to człowiek bezduszny jest istotą bez wewnętrznego ciepła. Tak sobie myślę, że coś w tym jest. A może o istnieniu duszy świadczy ilość ciepła jakie umiemy dać innym? Hmmmmmmm...........

Muszę to sobie dobrze przemyśleć, ale podoba mi się taka idea :)

Addio.........

Minął sierpień, minął wrzesień, znów październik i
ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal .....

Tak śpiewał Wiesław Michnikowski - prześmiesznie zresztą :DDDDD w Kabarecie Starszych Panów, którego byłam wierną oglądaczką w wieku lat około siedmiu. W telewizji ktoś wtedy wymyślił, że będą Strasi Panowie i byli, a ja ich sumiennie oglądałam i usiłowałam zaśpiewac te wszystkie cudownie śmieszne kawałki z "Upiornym twistem" na czele - Wiesław Gołas to jednak jest mistrz na mistrze :DDDDDD

Dziś obrazek jesienny choć nie w temacie miłości do pomidorów. Tak mi jakoś chodziły młode sówki uszatki po głowie i wychodziły sobie dziupelkę :DDDD

piątek, 9 października 2009

Specjalnie dla Agaty :D

Rozjuszyłam się jak odkryłam jak na blogu umieszczać videoclipy czy jak to im tam jest tym tam? :DDDD.

I dlatego dziś, w Moim Prywatnym Koncercie Życzeń, piosenka dla pewnej Agaty :)

No dobra nie tylko dla Agaty: ta piosenka przyda się każdemu, kto czasem zapomina, że nie warto się zamartwiać na zapas :) Mnie też :DDDD

wtorek, 29 września 2009

Idzie jesień, worek darów niesie

Poszła Ola na spacerek,
Na słoneczko na wiaterek
A tu lecą jej na głowę
Liście złote i brązowe
A tu lecą jej na głowę
Liście złote i brązowe

No tak - tak śpiewałam na przystanku tramwajowym, wracając z Tatą z przedszkola. Na przystanku, na skarpie, po której szczycie jechał pociąg, rosły nieprzeliczone masy róży pomarszczonej. Pięknie to wyglądało jak kwitła, a potem owocowała. A ja te owoce ze smakiem zżerałam wydłubując ze środka włochate, kłujące pestki. Jak już znudziło mi się wyjadanie czerwonych korali róży, latałam jak obłąkana slalomem po przystanku, między ludźmi i wywrzaskiwałam mysim głosem przedszkolne piosenki. Repertuar był nieskomplikowany i zależny od pory roku :DDDDD.

Dziś rano musiałam w końcu przyjąć do wiadomości, że jesień znowu przyszła. Od kilku dni druty telefoniczne przed domem obsiadały szpaki. Wyglądały jakby tworzyły jakiś szalony zapis nutowy :DDDD. Wyśpiewywały później tę swoją piosenkę w amoku, przekrzykując się nawzajem. Dziś ich nie było za to strasznie padało.

Pójdę ze Świnką na kasztany i żołędzie. Będziemy robić ludziki i bałaganić kolorowymi liśćmi :DDDDD Czego i Wam życzymy :DDDDDDDDDDDDD


piątek, 25 września 2009

Sindbad i Ptak Rok

Taaaaaak, dziś piątek i bedę pościć. Jednakowoż post mi niestraszny, bo mam plan. Plan obejmuje śledzie w śmietanie i ziemniaczki w mundurkach. Mężczyzna powiadomiony wczoraj o planach kulinarnych na dzień dzisiejszy zakrzyknął wielkim głosem: Śledzie - no nareszcie !!!! :DDD Świnki wykazały niemniejszy zapał :DDD

Myśląc o tym obłudnym poście przypomniałam sobie o jajecznej diecie Sindbada Żeglarza. Posłuchajcie:

„Wokół mnie była zupełna pustynia. Piachy i piachy. Ani drzew, ani kwiatów, ani ptaków. Jeno w pośrodku niemal piaszczystej równi ujrzałem przedmiot, który od razu przykuł moją uwagę. Był olbrzymi i okrągły niby potwornie wielkie jajo. Żaden wszakże ze znanych mi ptaków tak olbrzymich jaj nie znosił. Toteż przyszedłem wkrótce do wniosku, że jeśli ów przedmiot jest jajem, ptak, który je zniósł, należy w każdym razie do nie znanego mi gatunku ptaków. Prócz tego przyszło mi do głowy, że mogę skorzystać z zawartości tego jaja, aby głód zaspokoić, gdyż nie znajdę wokół żadnego innego pokarmu. W tym celu zbliżyłem się szybko do jaja, wyjąłem zza pasa topór podróżny i uderzyłem nim z całych sił w skorupę. Uderzenie topora nadłamało z lekka skorupę, w której ukazała się wąska szczelina. Natychmiast przez ową szczelinę zaczęło się sączyć białko. Nadstawiłem dłoni i począłem spijać świeże, smaczne białko, które ciurkiem płynęło z olbrzymiego jaja.

Przetrwałem tak kilka tygodni, karmiąc się wyłącznie białkiem. Po kilku tygodniach z jaja trysnęło pachnące, szafranowego koloru żółtko. Rad byłem niezmiernie tej zmianie potraw, gdyż wyznam szczerze, iż białko mi się już sprzykrzyło i od dni kilku z niecierpliwością wyczekiwałem spodziewanego żółtka.

[...] Wzrok mój padał nieustannie tylko na olbrzymie, puste jajo. Przyszła mi nagle myśl do głowy, że mogę przecież zamieszkać w jego wnętrzu. Natychmiast zbliżyłem się do jaja, rozszerzyłem toporem otwór, który przedtem uczyniłem, i wpełzłem przez otwór do wnętrza. Gdym był już we wnętrzu, zasłoniłem otwór skórzanym kaftanem, który miałem na sobie, aby tym sposobem osłonić moje nowe mieszkanie przed ulewą. Byłem zachwycony moim schroniskiem. Od czasu jak wyruszyłem w podróż, nie miałem jeszcze tak wygodnego mieszkanka. Było co prawda zbyt okrągłe i zbyt sklepione. Musiałem przez czas pewien przyzwyczajać nogi do chodzenia po wklęsłej, nieckowatej podłodze. Zanim zdobyłem owo nawyknienie, padałem niemal co chwila jak długi na podłogę, tym bardziej że była śliska z powodu resztek białka, które zgarniałem w dłonie, i w ten sposób żywiłem się jeszcze przez dni kilka. Tymczasem, nazajutrz po moim zamieszkaniu we wnętrzu jaja, deszcz ustał i pogodne, jaskrawe słońce przenikło przez przezroczystą skorupę jaja, wyzłacając całe jego wnętrze. Sama skorupa, oświetlona rzęsistym słońcem, zdała mi się szczerozłotą. Widziałem, jak zwolna, w miarę zachodu słońca zmieniała swe barwy stając się coraz różowszą, aż wreszcie spurpurowiała wypełniając wnętrze cudownym, purpurowym półświatłem. Ubranie moje i ręce, na które spojrzałem, wszystko teraz było purpurowe, aż wreszcie purpura zaczęła ciemnieć, błękitnieć, szarzeć i w końcu mrok gęsty zapanował w moim mieszkaniu. Pewnego dnia, w samo południe, zauważyłem nagle, iż przejrzyste ściany mego mieszkania, złociściejące od słońca, pokryły się nagłym i niespodzianym cieniem.

„Pewno się niebo zachmurzyło i burza nadchodzi” - pomyślałem w duchu i chcąc sprawdzić moje przypuszczenia wyjrzałem na świat przez wyżłobione w jaju okienko.

Jakież było moje zdziwienie, gdym zamiast chmury ujrzał w niebiosach - tuż nad jajem - olbrzymiego ptaka, który dwojgiem ogromnych skrzydeł przesłonił niebiosa i rzucił cień na ściany mego domu.”

niedziela, 20 września 2009

Wracając....

...... z wesela Kuzyna Mężczyzny, patrzyłam sobie przez okno samochodu.

No i tak sobie patrzyłam na niebo. Bardzo piękne, czyste. Jak to zwykle we wrześniu bywa. A na całym tym niebie gwiazdy. Całe masy gwiazd.

I przypomniało mi się jak jeszcze nie byłam Katarzyną tylko Kasią. Wtedy kiedy byłam tylko Kasią, bo Katarzyną bywam tylko czasami, ale jednak :). Moim ulubionym zajęciem (prócz dręczenia Taty o poczytanie bajki na dobranoc, a robił to najlepiej na świecie :DDD) było leżenie w łóżku i „wymyślanie historii”. W ciemności, przed spaniem, myślałam sobie, że Ziemia to jest taki malutki, maluteńki okruszek w kieszeni jakiegoś olbrzyma. Czasem wymyślałam, że on robi porządki w tych swoich kieszeniach i wyrzuca całą moją Ziemię ze wszystkimi śmieciami. I bałam się co to będzie.

Wyobrażałam sobie też, że olbrzym zorientował się, że ma w kieszeni świat, bo za bardzo hałasowaliśmy i ogląda nas swoim wielkim okiem, a błękitne niebo nad nami to jego niebieska tęczówka :DDDDD

Myślałam i o gwiazdach. Gwiazdy, to były taki malutkie przestrzenie między nitkami granatowego materiału, z którego uszyty był jego garnitur. Nie mam pojęcia dlaczego ten olbrzym chodził akurat w granatowym garniturze, a nie w czerwonym fartuszku z muchomorkiem? Wiecie jak to jest kiedy człowiek przymknie oczy i patrzy pod światło przez bardzo ciemny materiał? Właśnie wtedy widać te moje gwiazdy :DDDDDD

Fajnie przypomnieć sobie jak to było jak się było tylko Kasią :D

piątek, 11 września 2009

Sindbada Żeglarza przygód ciąg dalszy

Dziś przygoda z Koniem Morskim.

Lekko niechronologicznie mi wyszło, bo Koń Morski mieszka w Przygodzie Pierwszej, ale co tam :DDDD Licencia poetica :DDDD

„Po raz pierwszy w życiu ujrzałem Konia Morskiego. Był to niezwykły i prawie czarodziejski koń, maści zielonej jak fala morska. Miał zielone ślepia, zieloną grzywę, zielony ogon i zielone kopyta.

Poruszał chrapami, zgiął szyję w łuk i zaczął harcować, pląsać i podskakiwać tak cudownie, że nie mogłem oczu od niego oderwać. Falowała mu grzywa i falował grzbiet. Zdawało się chwilami, że to fala morska pląsa na brzegu.

Konie królewskie, oczarowane jego pląsem, długo się weń wpatrywały, aż wreszcie jęły bezwiednie naśladować jego ruchy i odruchy.

Ustawiły się szeregiem, jeden obok drugiego, i zachowując linię szeregu zaczęły harcować, pląsać i podskakiwać przejmując od Konia Morskiego falistość jego łabędzich poruszeń. Godzinę całą trwał taniec koni królewskich. Koń Morski umyślnie wprawiał je w ten taniec i czarował swymi harcami, ażeby potem, w chwili niespodziewanej napaść na oczarowane i tańcem zajęte konie i pożreć je zielonymi kłami.”

No dobra - te zielone kły już sobie podaruję - stanowczo Koń Morski bardziej jest wyględny jak ich nie obnaża :DDDD

środa, 9 września 2009

Nie wiem, nie wiem o trawie.........

No właśnie ja też nie wiem :D

Moja trawa, w ilościach znacznie przewyższających moje wszelkie wyobrażenia jest w drodze z Warszawy do Poznania.
Trawa podróżuje z Bronkiem. Mam cichutką nadzieje, że zazwyczaj spokojny i cierpliwy Bronek tym razem też powstrzyma się od sponiewierania fizycznego i werbalnego mojej biednej osoby. A miałby się za co zezłościć.
Otóż weszłam w konszachty z Jaśkiem Kucharzykiem - naszym grupowym kolegą i w wyniku tychże cały samochód Bronka wypełnia istotna część mojego przyszłego, reanimowanego po dzikach, ogródka. Jedankowoż, układając się Jaśkiem, nie spodziewałam się poniższego obrotu spraw:
- Cześć Andrzeju (Andrzej to właśnie Bronek, a Bronek to taka ksywa :DDDD) - jak urządzimy z tymi moimi sadzonkami? Mam przyjechać czy ty podjedziesz do nas (do nas jest jeszcze po drodze ze stolicy spory kawałek) - jak wolisz?
- Wiesz, będę bardzo zmęczony - przyjedź.
- Ok. A zmieszczę się do Ka? - w słuchawce głuche stęknięcie ;DDD
- Nie - weź Jerza.
- Ale Jerz ma auto u mechanika...................... A jak złożę siedzenia i zapakuję wszędzie?
- No, może ??? Jak Ci może przez okno wystawać to da radę.
- To daj znać jak bedziesz dojeżdżać.
- Ok. Jak mnie po drodze nie zwiną za handel gandzią. - :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
I tak narobiłam kłopotu dwóm przemiłym facetom: Bronkowi i Jaśkowi, który dziś musiał się biedny gimnastykować żeby w ogóle to całe zielsko dało się wpakować do samochodu Bronka.
P.S.: Są, są - przyjechały! Jutro będe sadzić !!!!! :D

W odpowiedzi na Twój liiiiiist........ :DDDDDDDDD

Powinno być: na Twój post, ale co tam :DDDDDD Piece of Glass mnie sprowokowała swoim komentarzem :DDDDDD

Sindbad Żeglarz snuje się za mną strrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrasznie. Diabeł Morski kusi okrrrrrrrrrrrrrrropnie. A ja czytam Leśmiana i coś tam sobie smaruję. Z różnym skutkiem, ale za to w upojeniu :DDDDDDDDDD Albo upaleniu :DDDDDD Shishą :DDDDDDDDDD

Spróbowałam pierwszy raz w życiu tego specjału u Przyjaciółki . Po wspólnym wypaleniu fajki wodnej (nadzwyczaj ciekawe doświadczenie, zważywszy na to, że nie palę), obejrzeniu fantastycznej kolekcji sudańskiego rękodzieła i pięknej ceramiki (Przyjaciółka jest archeologiem) oraz potężnej ilości zdjęć z Afryki - Diabeł Morski znowu doszedł do głosu.

Natycha mnie ten Diabeł Morski strasznie - przestrasznie. Pan Leśmian napisał książkę niezwykłą. Nie musiałam nawet pożyczać jej od Taty - znalazłam na bardzo pożytecznej stronie Uniwersytetu Gdańskiego.


Najpierw obrazek do Przygody Pierwszej, w której Sindbad zachowuje się silnie nieekologicznie i kaleczy wieloryba, gamoń jeden nieuświadomiony:

„Gdy dotknąłem stopą gruntu wyspy, zdziwiony byłem jego miękkością i sprężystością. Miałem wrażenie, że grunt ten jest żywy i że życie w nim nieustannie pulsuje. Przyłożyłem ucho do ziemi i posłyszałem równomierne odgłosy czy też pukania, podobne do bicia serca.

[...] Marynarze zaopatrzyli się w chrust, w pale, a nawet belki, których pod dostatkiem było na okręcie. Rozłożyli ognisko, ażeby upiec kartofle. Wkrótce ognisko wybuchło wesołym, błękitnawozłotym płomieniem, w którym kędzierzawiły się ruchliwe kłęby burego dymu. Ponieważ nie miałem drzewa i nie mogłem ogniska rozłożyć, wyjąłem z kieszeni nóż podróżny i z lekka zanurzyłem go w ziemi, ażeby zbadać dziwny grunt wyspy.

Ledwo dotknąłem gruntu ostrzem swego noża, a natychmiast trysnęła mi w twarz krew zimna, lecz purpurowa.

Zdziwiło mnie to zjawisko! Przyszedłem do wniosku, iż zapewne niektóre wyspy posiadają grunt krwisty. Tymczasem dym z ogniska buchał coraz gwałtowniej. Chrust i drzewo rozżarzyły się tak, że upał i żar od głowni napełnił Ciszą Morską przejęte i stężałe powietrze.

Spojrzałem w stronę ogniska i zauważyłem, że grunt wyspy, jego żarem i płomieniem dotknięty, zaczyna skwierczeć i syczeć boleśnie, jakby go żywcem smażono lub pieczono.

I rzeczywiście, zapach smażonej czy też pieczonej ryby napełnił naraz powietrze.”

Zgrrrrrrrrrrrroza. Zieloni mieliby tu coś do powiedzenia ;DDDD


Fascynuje mnie fakt pieczenia kartofli przez marynarzy - czyżby już za czasów Sindbada arabscy żeglarze docierali do Ameryki? Ale mniejsza o to - bajka jest przednia :DD Za to w Przygodzie Drugiej przyroda atakuje Sindbada: Ptak Rok zanosi go do Diamentowej Doliny (należy zaznaczyć, że Sindbad znowu zachował sie kretyńsko i zeżarł jajo Ptaka Roka ;DDD- cholesterol mu na pewno podskoczył i dobrze mu tak :DDDD), a tutaj:

„Uczułem nagle, że pokład diamentowy, na którym stoję, zaczyna się poruszać i zachwiewać pod moimi stopami. Po chwili całe dno kotliny zachwiało się w swych posadach. Jednocześnie posłyszałem jakieś pokątne syki i ujrzałem znienacka atłasowopołyskliwe, ozdobione pręgowatym ornamentem łby wężów jadowitych, które się społem i kolejno wysnuwały z dna kotliny, spod natłoku rozjarzonych w księżycu diamentów. Widok ów przejął mnie dreszczem wstrętu i zgrozy. Wyznam szczerze: zbladłem i struchlałem. Cofnąłem się ku skalnym ścianom kotliny i szczęśliwym trafem wykryłem w nich grotę, przywaloną olbrzymim głazem. Uczyniłem wysiłek nadludzki, aby nieco uchylić głazu i przeniknąć do wnętrza groty. Gdym był już we wnętrzu i gdy głaz na nowo wejście do groty szczelnie przesłonił, odetchnąłem radośnie, dziękując Allachowi za nagłe zbawienie. Ciekawość jednak kazała mi z lekka uchylić głazu, aby spojrzeć na okropne węże przez szczelinę, której zbytnia wąskość wzbraniała wężom dostępu. To, com ujrzał, przeszło wszelkie moje oczekiwania. Ujrzałem cud, ale cud potworny i straszliwy! Tłum wężów, jaskrawo oświetlonych blaskiem wylękłego księżyca, snuł się po dnie kotliny unosząc ku górze łby i prostując smukłe, na kształt potwornych łodyg, tułowie. Zdawało się, iż dno kotliny porosło nagle tysiącem żywych, ruchomych, sprężystych badyli, które miarowo chwiały się na wietrze. Przyglądając się uważniej spostrzegłem, że owe dziwaczne, wzwyż na ogonach klęczące węże przystrojone są w szereg obcisłych pierścieni i sygnetów. Cały tłum wężowy, wsparty na diamentach, zdawał się kołysać rytmicznie. I były chwile, gdy wszystkie na raz węże nieruchomiały niby przedmioty strojne, lecz martwe; i wówczas dzięki smukłości tych przedmiotów zdawało mi się, że mam przed sobą jakiś zbytecznie gęsty las fletów, pionowo w ziemi utkwionych. Zrobiłem właśnie owo spostrzeżenie, gdy nagle posłyszałem wyraźnie, że z gardzieli nieruchomych wężów dobywają się zwolna dźwięki fletowe.”


C.D.N. - mam nadzieje :D

wtorek, 8 września 2009

Tinga Tinga

Piece of Glass - skłamałam :DDDD

Nie zawsze ciężka, znojna praca w pocie czoła wiąże się z dzikimi obostrzeniami ze strony Klienta, Accounta i Pracodawcy :DDDDDDD (W tajemnicy muszę się przyznać, że lubię te ograniczenia - zmuszają do wysilenia mózgu i kreatywności.)

Czasem ta praca bywa bardzo, ale to bardzo miła i sprawia wiele radości :DDDDDDDD

Tak było z ..... tinga tinga :D

Wiecie co to jest? Spokojnie - ja też nie wiedziałam (gdzieś, kiedyś obiło mi się o uszy, ale nie pofatygowałam się zgłebić tematu), ale Iza - moja koleżanka powiedziała, że chce tinga tinga dla Klienta i koniec (tupnięcie nogą ;DDD), i że jak już zadam sobie trud poczytania o tym czymś co brzmi jak walenie kijem w rurę, to z całą pewnościa mi się spodoba :DDDDDDDDD

W skrócie - żeby nie przynudzać - tinga tinga, to malarstwo afrykańskie. Nazwa pochodzi od nazwiska twórcy, a sam nurt powstał całkiem niedawno, bo w latach 60 ubiegłego wieku (łomatko jak brzmi :DDDDDDD). Tinga tinga charakteryzuje radość, obłąkańcza kolorowość i prostota środków. A główne tematy to zwierzaki - niezwykłe, bajkowe i pełne wdzięku. Są i obrazki o innej tematyce, ale jakoś te zwierze są urzekające. Przynajmnie ja je tak odbieram.

Poniżej, to co wtedy powstało po dwudniowym gapieniu się z otwartą paszczą w monitor komputera :DDDD




Hipopotamki niespecjalnie mi się udały, ale leżały sobie razem z resztą obrazków na dysku i postanowiłam też je pokazać :DDD

niedziela, 6 września 2009

Uroki Łeby

Połowicznie odzyskałam komputer.

Przy okazji zmusiłam się do przejrzenia zdjęć z Łeby.


Na początek zdjęcie nie moje. Zdjęcie zrobił Jerz. Stwierdził, że musi. Że on po prostu musi je zrobić. Nie może wyjechać z Łeby nie zrobiwszy tego właśnie zdjęcia.

I wcale mu się nie dziwię. To nieprawdopodobne ilu ludzi wpada, w słoneczną wakacyjną niedzielę, na pomysł udania się nad morze. Ciało przy ciele, kocyk przy kocyku, parawan obok parawanu - horrrrrrrrrrrrrrrrrror - nawet na wybrzeżu skolonizowanym przez foki nie ma takiego ścisku. Nie czuć rześkiego zapachu wody tylko wszechobecny smród smażącego się mięska: tego ludzkiego (z dominującymi nutami olejków do opalania) oraz tego nieludzkiego, ale przez ludzi spożywanego w przepotwornych ilościach - przy każdym zejściu na plażę, jak skrofuły, wyrastały budki z hamburgerami, watą cukrową, odzieniem wszelkiego autoramentu, obuwiem plażowym, prawanikami i wszystkim, co spragnionym słońca i wywczasu, plażowiczom jest niezbędne do przetrwania dnia nad wodą.

Taaaaaaaaaaak, przetrwać dzień na plaży, to niezły survival. Postanowiliśmy doświadczyć tej rozrywki przed wyjazdem do domu. Znalezienie wolnego miejsca zabrało nam jakieś 20 minut. Koc udało sie nam położyć na piasku złożony na pół - na cały nie starczyło miejsca. Dzieci uprawiały slalom gigant na ośmiocentymetrowych miedzach między kocykami, a nad samą wodą, tam gdzie było już zbyt mokro na przywieranie ciałem na dużej powierzchni do podłoża, obnosili z dumą swoje, błyszczące od kremów, wdzięki i "beercepsy" panowie upstrzeni, tu i ówdzie, tatuażami o treści płaskiej i nieciekawej, za to prezentowanej na wszelkich możliwych wypukłościach ciała.

Ale nie wszędzie tak było. Między tymi pastwiskami, rozciągają się kilometry, relatywnie mało uczęszczanej, plaży. Zaglądają tu miłośnicy nieco innego rodzaju ruchu, niż tylko ulubiony sport ekstremalny wczasowicza czyli kulanie się z boku na bok po kocyku.

Plaża jest wprawdzie zadeptana, ale za to można się tu swobodnie poruszać i słyszeć własne myśli.

Moja pierwsza myśl była o tym, że plaża to strasznie trudny temat do fotografowania. Nic tylko piasek i kamyki i piasek,


i piasek i kamyki.


I piasek.


I trawki w niewielkich ilościach.




No i tak sobie stałam i patrzyłam.


Próbowałam zrobić zdjęcie takim malutkim ptaszkom, które biegały tu i tam w swoich malutkich ptaszkowych sprawach, ale były bardzo płochliwe. Zostawiały po sobie tylko masę śladów po zaaferowanym sprincie między kamyczkami.




Szkooooooooda, że zdjęcia ptaszkom nie zrobiłam - były śliczne: ubarwione jak te kamyczki, na długich, cieniutkich jak gałązeczki nóżkach i z długaśnymi, cieniuchnymi dziobkami. Musze sprawdzić jak się nazywają.

Fajną rzecz znaleźliśmy: olbrzymi kawał drewna wygłaskany przez wodę i słońce do srebrzystego połysku. Drewno, póki jeszcze leżało w wodzie zostało skolonizowane przez pąkle. Takie osiadłe skorupiaki. Założyły na zatopionym pniu osiedle mieszkaniowe - pąklowiec :D



Łaziliśmy sobie po tej plaży przez długie godziny. Mężczyzna najpierw biegał tu i tam i pstrykał, i pstrykał w upojeniu piasek, kamienie, trawki i wszystko co było w zasięgu wzroku. Jeszcze nie widziałam jego zdjęć, ale może i dobrze: nie odważyłabym się pokazać swoich.

Zosia łaziła z nami. Długo była dzielna, ale w końcu tak się zmęczyła , że zaczęła marudzić i jęczeć. Zmarzła biedna. Zrobiło się późno i zaczęliśmy myśleć o powrocie.


Postanowiliśmy poczekać na zachód słońca. Jerz próbował się z wodą i stanowił najciekawszy obiekt do fotografowania w całej okolicy:


A to najciekawsza część Jerza: pomarszczone od wielogodzinnego łażenia po wodzie pięty :DDDDDD

Oczywiście nie pozostał mi dłużny i też wykonał portret mojej zadniej części :DDDD


Pocieszam się, że chociaż tym razem zrobiłam lepsze zdjęcia :DDDDDDDDDDD

I tak doczekaliśmy się zachodu słońca z jęcząca Świnką.


A ono chowało się w morzu coraz niżej i niżej, a mnie jak zwykle, nie udało się zrobić nic przyzwoitego :DDDDD

Świnka zeszła z plaży, doczołgała się do samochodu i po dziesięciu minutach oraz opróżnieniu półtoralitrowej butelki wody zarządała ....... kolacji :DDDDDD