niedziela, 23 października 2016

Seks a charakter czyli Curculio glandium

Siedziałam i nudziłam się. Haniebnie się nudziłam, bo musiałam czekać, a zabrane ze sobą książki już przyswoiłam. Przyswajałam kolejne "robale".

Ponieważ nie byłam pewna gdzie wetknęłam kluczyk do samochodu, zaczęłam grzebać w kieszeniach płaszcza. I znalazłam! Coś znacznie lepszego niż kluczyk do auta! Znalazłam żołędzie!

Kilka dni temu gdzieś łaziłam i one tak sobie leżały: piękne, błyszczące, w cudownie ciepłym, brązowym kolorze i w takich pięknych beretach :DDDDDD Nazbierałam pełną kieszeń i zapomniałam. Aż do dziś. 

Wczoraj też przyswajałam "robale", a dokładniej obyczaje godowe Curculio glandium czyli ślicznego malutkiego chrząszczyka: słonika żołędziowca. Jedno jest pewne: po całym dniu spędzonym na przegryzaniu się, niczym samica słonika przez skorupkę żołędzia, przez atlasy i internety, miałam zryty mózg :DDDDD Nie byłam w stanie myśleć o niczym innym jak tylko o ryjkowcach. Ofiarą został Książę Małżonek. Zaatakowałam go podstępnie, kiedy siekał pietruszkę: 
- Kochanie, a wiesz jakie sprytne są samiczki Curculio glandium? 
- Yyyyyy? - Książę Małżonek wytrzeszczył na mnie bezbronnie oczęta. Nóż zawisł niebezpiecznie nad ukochaną dłonią (Książę Małżonek odpracowywał swój dyżur obiadowy).
- No wiesz - słonik żołędziowiec!

Małżonek odetchnął i otarł pot z czoła.
- Bo wiesz, one mają takie długie ryje! I one, wiesz - tymi ryjami - ryją dziury w żołędziach. Ale czasem się na tych ryjach zawieszają i umierają. Ale warto wiesz? Bo one do tych dziur to składają jaja. A to rycie, to im z trudem przychodzi, bo ten ryj to się nie nadaje do rycia w twardym. Więc jak one - te samiczki - pracowicie ryją, to inne, leniwe samiczki, sobie czekają i jak ta dziura na jajeczka jest już gotowa, to te leniwe lecą do tych pracowitych i, no wiesz.... no, udają samczyki! - Mgliste spojrzenie Małżonka - No wiesz: te leniwe bzykają te pracowite! A te pracowite się wkurzają i uciekają, a wtedy te leniwe składają jajeczka do dziur tych pracowitych!

- Sssssssssssssamice są wredne! - wydyszał Książę Małżonek - Wszystkie samice wszystkich gatunków są wredne!

To tu macie samicę-słonicę słonika żołędziowca :DDDD Z żołędzi wygrzebanych z kieszeni :DDDDDD


piątek, 14 października 2016

Jest!!!!!

Połamało mnie.

Połamało mi kręgosłup, dokładnie mówiąc, a co za tym idzie - duszy też nie było lekko. Bywa. 

Za to dziś już mi weselej! Przed chwilą był Pan Kurier i dostałam świeżutkie, pachnące książeczki! Moje własne! (Już pisałam o tym tutaj)


Rozszarpałam paczkę, potem rozszarpałam paczkę, którą skrywała paczka, potem szarpałam folię, w której była książka :D Potem porozszarpywałam książkę na części i złożyłam ją na powrót na ogrodowym stole :D Dobrze, że stół duży, bo nie zmieściłabym całej układanki :DDDDD

A premiera w październiku, na Targach w Krakowie :DDDDD Zapraszam Was :DDDDDD

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Drzewo

Lubię muchy.

Z jedną nawet mieszkam :)


Przedstawiam Wam endemiczny gatunek złotnicki: Dębianeczka jesionówka :DDDDD Wyrwała się z książki. Mieszkamy chwilowo razem, bo między stronami było jej trochę przyciasno. W końcu czasem nawet mucha musi rozprostować chude kończyny, że o skrzydłach nie wspomnę :DDDDDD

Wróci do książki w październiku - szukajcie jej tutaj:


To książka-nieksiążka: możecie ją sobie przeczytać, a potem wyrwać z okładki, rozerwać strony i ułożyć całe ogromne drzewo, ze wszystkimi jego mieszkańcami :DDDDD 

piątek, 22 lipca 2016

Jest sprawa

Nie będę owijać w bawełnę: potrzeba kasy. Dla Ady.  Jest bardzo chora - cierpi na zespół Niemanna-Picka typu C

Dołączyłam dzięki Eli Wasiuczyńskiej do grupy ilustratorów, którzy zbierają pieniądze na lek, bo dziewczyna jest dorosła i nie obejmuje jej program pomocy.

Wystawiłam na aukcji trzy obrazki - możecie poczytać i licytować na FB
Licytacja trwa do 22.00 w niedzielę, 24 lipca.

Ziarnko do ziarnka , a zbierze się miarka.





Jak nie chcecie obrazka, to

niedziela, 3 lipca 2016

Na ryby

Na ryby ­ w każdziuteńki wolny dzień 
Na ryby ­ nad leniwą rzeczkę w cień 

Dziś znowu potrzebna mi ryba - turbot. Nawet mam takie trzy, ale mocy sprawczej im brak.



poniedziałek, 27 czerwca 2016

Opium dla mas czyli znowu niecnie wykorzystuję Przyrodę ;D

W domu dziadków były dwa ogromne pokoje. Jeden od strony ulicy Rady Delegatów - dzisiejszej Lubartowskiej, a drugi od Szambelanki - najwęższej uliczki w Polsce.

Wolałam ten od Szambelanki: był cichy, cienisty, stały w nim dziadkowe akwaria i ogromne, małżeńskie łoże dziadków. Kiedy byłam bardzo mała, to stało tam jeszcze moje łóżeczko. Do okna przylatywały gołębie, miękko gruchając i upominając się o swoją porcję nasion, które sypała im Babcia.  

Wieczorem, po dobranocce, Babcia na poręczy łóżeczka rozwieszała koc - żebym nie podglądała telewizora. Posłusznie kładłam się głową w stronę telewizorka, a Babcia była zachwycona, że takie ze mnie dobre i grzeczne dziecko. A ja, jak grzeczne i dobre dziecko, oglądałam sobie wszystko w lustrze, które było widać między brzegiem koca i łóżeczka. Kiedyś taka byłam zaaferowana tym co właśnie oglądałam, że nakrył mnie Dziadek, bo nie zauważyłam, że stoi i patrzy jak zerkam przez szparkę do lustra.

I tak skończył się mój niecny proceder i oszukiwanie ufnej Babci :DDDDDDDD Ale z Dziadkiem trzymałam sztamę. Wracał do domu, przytulał mnie do wielkiego ciała i całował, drapiąc nieprzytomnie szorstką szczeciną na policzkach. Jak coś szczególnie mnie interesowało, to podawał mi straszliwy przyrząd do zdzierania glonów z szyb akwariów i kazał się drapać po pleckach, siedząc obok na maleńkim stołeczku. Udawał, że nie widzi, że patrzę na ekran telewizora :DDDDDD

Bardzo nie lubiłam spać - było tyle rzeczy do odkrycia! Babcia wiedziała, że czerpię wiedzę z bajek. I postanowiła z tego zrobić użytek. Któregoś razu oglądałyśmy wieczorem bajkę o Makowej Panience i tym leniwym niedojdzie: Motylu Emanuelu. Tym razem skrzydlaty idiota cierpiał na bezsenność i Makowa Panienka, w trudzie i znoju, zdobywała dla niego od Mądrej Makówki, ziarenka maku. Za mak, a zwłaszcza struclę z makiem, zrobiłabym wszystko, więc Babcia sprytnie wykorzystała sytuację: Kasiu, to ja ci dam maku na sen - chcesz? Pewnie, że chciałam! Dostałam malutką łyżeczkę maku na wieczku od słoika i cichutko pożarłam ją, a potem padłam jak kawka. I tak już zostało.

Do czasu. Przyjechali Mama z Tatą. Ujejku! Jaka była awanturka! Wspaniała! Tata się oburzył, że Babcia mnie narkotyzuje, a Mama z Babcią usiłowały mu wytłumaczyć, że ziarna maku nie zawierają opiatów, a na mnie działają jako placebo :DDDDDDDDDDD Tata został wyedukowany przez żonę - ogrodniczkę, ale niestety - ja usłyszałam to i owo, a zwłaszcza to, że mak ma się nijak do snu :DDDDDDDD 

No i musieli mi pozwolić oglądać Kobrę w drodze wyjątku :DDDDDDDDDDDD



Dziś w rolach głównych wystąpili: kwiatek maku, pączek liliowca, płatki róży oraz kwiatek babki lancetowatej :DDDDD

czwartek, 23 czerwca 2016

O słuchaniu z niezrozumieniem

Z przedszkola odbierał mnie Tata. Było fajnie. 

Przynajmniej raz w tygodniu dostawałam pudełko plasteliny - kupowaliśmy ją w kiosku na rogu. Rety! Jak było fajnie! Czasem jechaliśmy autobusem do redakcji, w której Tata pracował. Tam zostawałam z panią, która robiła mi potwornie wielką i potwornie mocną herbatę, po której biegałam jak nakręcona, a Tata szedł na zebranie. 


Wszędzie pachniało dymem papierosowym, ściany były pomalowane paskudną zieloną farbą olejną, a pani z dyżurki miała na sobie okropny fartuch stylonowy w kolorze nijakim i zawsze miała dla mnie jakieś pyszne ciastko, stos kartek i długopis. I siwe loki. Siedziałam sobie na krześle w dyżurce i rysowałam Dolinę Muminków, Krainę Deszczowców albo inne dziwne rzeczy, albo pracowicie zamalowywałam zęby i dorysowywałam wąsy osobom na zdjęciach w gazecie i słuchałam odległego stukania maszyny do pisania. Potem zebranie się kończyło i jechaliśmy sobie do domu. Tramwajem.

Albo taksówką. Jak padało. Rety! Jak było fajnie! Pędziliśmy w strugach deszczu: Tata galopem, a ja przyczepiona do rączki jego teczki biegnąc, prawie nie dotykałam chodnika! Pamiętam jedną taką podróż doskonale: wsiedliśmy sobie do wielgachnej starej Warszawy, pachnącej (jakżeby inaczej) papierosami, trzasnęły drzwi, brzęknął boleśnie licznik i auto ruszyło. 

Jechaliśmy przez strumienie wody. W zaparowanej taksówce, było gorąco i duszno, a ja przeżuwałam w skupieniu gumę Donald - PYSZNĄ! Najpyszniejszą na świecie! I wtedy Pan Taksówkarz włączył radyjko, które cichutko zagrało:

Do łezki łezka,
aż będę niebieska
w smutnym kolorze blue, 
jak chłodny jedwab, 
w kolorze nieba,
zaśpiewam kolor blue

Ach, jakie mi się to wydało piękne! Miętosiłam swoje komiksy z Donaldów i wyłam rozdzierająco: 
Do łezki łeeeeeezka,
aż będę niebieeeeeeskaaaaa
w kolorze nieeeeba,

zaśpieeeeewam koOolor bluuuuuuue

Pan Taksówkarz parsknął śmiechem, Tata osłupiał, a ja wyłam w upojeniu o wielorybach, bo byłam głęboko przekonana, że o nich właśnie (i o fokach) jest ta piosenka. W dodatku uśmiechniętych. Wprawdzie przeszło mi przez myśl, że to dziwne, bo wieloryby nie są niebieskie i nawet płetwal błękitny jest tylko umownie, a na Biegunie deszcz nie pada, ale nie oponowałam, bo telewizor mieliśmy czarno-biały i nie mogłam sprawdzić. I to radio tak pięknie grało, w tym deszczu........ :DDDDDD

Rety! Jak było fajnie!

Tak mi się to przypomniało, bo katastrofa meteorologiczna, prócz łubinów, wyłamała mi też ostróżki. One też gubią właśnie płatki. Jak łubiny :DDDDDD



P.s.: Ta piosenka naprawdę nie jest o wielorybach i fokach :DDD Nie ma tam także nic o żadnym Biegunie, ale za to zawsze już będzie mi się kojarzyć z Donaldówami i deszczem :DDDD

P.s. 2: Tak, wiem, że pląsający patyczak jest kompletnie od czapy względem tekstu, ale najpierw był patyczak, a potem mi się skojarzyło :DDDDDD A ponieważ o 16.00 mój śliczny len gubi codziennie płatki, to jeszcze machnęłam wielorybka, który kicha płatkami  :DDDDD Proszę :DDDD To nie płetwal - to kaszalot, bo to mój ulubiony wieloryb :DDDDD Nie dość, że tajemniczy, to jeszcze z jego pawia robi się....... moje ulubione perfumy :DDDDDDDD