niedziela, 6 września 2009

Uroki Łeby

Połowicznie odzyskałam komputer.

Przy okazji zmusiłam się do przejrzenia zdjęć z Łeby.


Na początek zdjęcie nie moje. Zdjęcie zrobił Jerz. Stwierdził, że musi. Że on po prostu musi je zrobić. Nie może wyjechać z Łeby nie zrobiwszy tego właśnie zdjęcia.

I wcale mu się nie dziwię. To nieprawdopodobne ilu ludzi wpada, w słoneczną wakacyjną niedzielę, na pomysł udania się nad morze. Ciało przy ciele, kocyk przy kocyku, parawan obok parawanu - horrrrrrrrrrrrrrrrrror - nawet na wybrzeżu skolonizowanym przez foki nie ma takiego ścisku. Nie czuć rześkiego zapachu wody tylko wszechobecny smród smażącego się mięska: tego ludzkiego (z dominującymi nutami olejków do opalania) oraz tego nieludzkiego, ale przez ludzi spożywanego w przepotwornych ilościach - przy każdym zejściu na plażę, jak skrofuły, wyrastały budki z hamburgerami, watą cukrową, odzieniem wszelkiego autoramentu, obuwiem plażowym, prawanikami i wszystkim, co spragnionym słońca i wywczasu, plażowiczom jest niezbędne do przetrwania dnia nad wodą.

Taaaaaaaaaaak, przetrwać dzień na plaży, to niezły survival. Postanowiliśmy doświadczyć tej rozrywki przed wyjazdem do domu. Znalezienie wolnego miejsca zabrało nam jakieś 20 minut. Koc udało sie nam położyć na piasku złożony na pół - na cały nie starczyło miejsca. Dzieci uprawiały slalom gigant na ośmiocentymetrowych miedzach między kocykami, a nad samą wodą, tam gdzie było już zbyt mokro na przywieranie ciałem na dużej powierzchni do podłoża, obnosili z dumą swoje, błyszczące od kremów, wdzięki i "beercepsy" panowie upstrzeni, tu i ówdzie, tatuażami o treści płaskiej i nieciekawej, za to prezentowanej na wszelkich możliwych wypukłościach ciała.

Ale nie wszędzie tak było. Między tymi pastwiskami, rozciągają się kilometry, relatywnie mało uczęszczanej, plaży. Zaglądają tu miłośnicy nieco innego rodzaju ruchu, niż tylko ulubiony sport ekstremalny wczasowicza czyli kulanie się z boku na bok po kocyku.

Plaża jest wprawdzie zadeptana, ale za to można się tu swobodnie poruszać i słyszeć własne myśli.

Moja pierwsza myśl była o tym, że plaża to strasznie trudny temat do fotografowania. Nic tylko piasek i kamyki i piasek,


i piasek i kamyki.


I piasek.


I trawki w niewielkich ilościach.




No i tak sobie stałam i patrzyłam.


Próbowałam zrobić zdjęcie takim malutkim ptaszkom, które biegały tu i tam w swoich malutkich ptaszkowych sprawach, ale były bardzo płochliwe. Zostawiały po sobie tylko masę śladów po zaaferowanym sprincie między kamyczkami.




Szkooooooooda, że zdjęcia ptaszkom nie zrobiłam - były śliczne: ubarwione jak te kamyczki, na długich, cieniutkich jak gałązeczki nóżkach i z długaśnymi, cieniuchnymi dziobkami. Musze sprawdzić jak się nazywają.

Fajną rzecz znaleźliśmy: olbrzymi kawał drewna wygłaskany przez wodę i słońce do srebrzystego połysku. Drewno, póki jeszcze leżało w wodzie zostało skolonizowane przez pąkle. Takie osiadłe skorupiaki. Założyły na zatopionym pniu osiedle mieszkaniowe - pąklowiec :D



Łaziliśmy sobie po tej plaży przez długie godziny. Mężczyzna najpierw biegał tu i tam i pstrykał, i pstrykał w upojeniu piasek, kamienie, trawki i wszystko co było w zasięgu wzroku. Jeszcze nie widziałam jego zdjęć, ale może i dobrze: nie odważyłabym się pokazać swoich.

Zosia łaziła z nami. Długo była dzielna, ale w końcu tak się zmęczyła , że zaczęła marudzić i jęczeć. Zmarzła biedna. Zrobiło się późno i zaczęliśmy myśleć o powrocie.


Postanowiliśmy poczekać na zachód słońca. Jerz próbował się z wodą i stanowił najciekawszy obiekt do fotografowania w całej okolicy:


A to najciekawsza część Jerza: pomarszczone od wielogodzinnego łażenia po wodzie pięty :DDDDDD

Oczywiście nie pozostał mi dłużny i też wykonał portret mojej zadniej części :DDDD


Pocieszam się, że chociaż tym razem zrobiłam lepsze zdjęcia :DDDDDDDDDDD

I tak doczekaliśmy się zachodu słońca z jęcząca Świnką.


A ono chowało się w morzu coraz niżej i niżej, a mnie jak zwykle, nie udało się zrobić nic przyzwoitego :DDDDD

Świnka zeszła z plaży, doczołgała się do samochodu i po dziesięciu minutach oraz opróżnieniu półtoralitrowej butelki wody zarządała ....... kolacji :DDDDDD

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza