sobota, 28 lutego 2009

Pragmatyzm

Przed chwilą wróciliśmy z zakupów. Kupiliśmy masę potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy. Między innymi pastę do zębów, która w czarodziejski sposób, po pierwszym myciu ma uczynić uzębienie olśniewającym.
Pożarłam obiad i postanowiłam zbadać działanie cudownego specyfiku na własnej porcelanie. Umyłam kły, wyszczerzyłam się do lustra i stwierdziłam, że działanie faktycznie jest. Nie żeby jakieś spektakularne, ale......... :D
Mój Mężczyzna nie wytrzymał - jest praktyczny do bólu i musiał. No po prostu musiał też to sprawdzić. Wchodzę do łazienki i patrze co on tam wyprawia, a Mężczyzna szoruje sobie kielce w dziwny sposób. Zapytany co robi stwierdził, ze sprawdza działanie pasty na .............. połowie swoich siekaczy :DDDDDDDDDDDDDDD

wtorek, 24 lutego 2009

A miało być tak pięknie....................

No i pojechaliśmy do Pasterki.
Wyjechaliśmy o 23.00, zabierajac po drodze Sebastiana, który, jak my, poczuł głód zdjęć :D

Jak bardzo czlowiek może być wygłodniały? :DDDD

Dojechaliśmy na miejsce o 5.00 rano i stanęliśmy na parkingu. Wyraziłam głośno rozczarowanie, że nie ma Jurka Kota, który akurat przebywał w okolicy.
I wykrakałam! :DDD Ledwo skończyłam mówić pojawił się Jurek :D Nawet zdziwiony nie był, że nas widzi :D

Wiewiórka czyli Kot? :D

Pomaszerowaliśmy w mgłę.
Spociłam sie strasznie: cała droga w górę była niemiłosiernie oblodzona i zaśnieżona, a temperatura znacznie wyższa niż się spodziewałam. Doczłapałam sie za chłopami na Szczeliniec i, niestety, rozczarowania pogodą nie było: tak jak się spodziewałam było jak w szklance z mlekiem.

Anus mundi - czyli gdzie nas miała pogoda w czasie pobytu w Pasterce :D

Sebastian, w amoku, latał od krzaczka do krzaczka i pstrykał zdjęcia ( nie był na prawdziwym plenerze już całe lata - biedak). Jerze wyrażały głośno krytykę dla entuzjazmu Seby i jego statywu. Potem zaczęliśmy wymyślać durne wierszyki:

Idzie Kasia borem, lasem,
cieżki statyw ma za pasem.
Ze zmęczenia ledwo zipie,
Na Jerzego ciężko łypie.

Reszty nie bedę przytaczać - poziom był zbliżony, a dobór słów niecenzuralny i nie nadający sie do publikowania :D Wszystkie wierszyki były złośliwe, a większość wyrażała dezaprobatę dla zastanych warunków pogodowych, ew. dla możliwości fizycznych pozostałych, męskich uczestników pleneru. Zresztą co się dziwić, że z rozpaczy pletliśmy co ślina na zmarznięty jęzor przyniosła: Szczeliniec stał w takiej chmurze, że pobłądziliśmy i mało brakowało, a wleźlibyśmy do Piekiełka zamiast tarabanić się do schroniska.

Dowód kompletnego zdurnienia kompletu fotografujących :DDD

Wygłupy sięgnęły zenitu i wszędzie gdzie się dało, zamiast robić zdjęcia , robiłam śnieżne anioły (co przy kompletnym braku światła było całkowicie uzasadnione). Spodnie służyły mi za sanki i zamiast pokonywać trasę jak Pan Bóg przykazał - per pedes apostolorum - gdzie tylko mogłam zjeżdżałam na siedzeniu :D Dawno się tak dobrze nie ubawiłam :D

Sfrustrowany Ukochany :DDDD

W końcu dotarliśmy do schroniska i wypiliśmy morze herbaty. Jeden z gości zażądał "tego co ostatnio" i poszedł ........ odśnieżać! :D Stwierdzil, ze ruch mu sie przyda, a "to co ostatnio" okazało się być powalającym cocktailem z piwa, rumu i innych płynów :D
W Pasterce Panowie odpadli po gorącej zupie (polecam: gulaszowa gotowana osobiście przez gospodarza Pasterki czyli Przemka - PYSZNA):D. Pospali się na ławkach w sali jadalnej :D Niestety, kolejny, niedzielny, świt też się nie udał. I dobrze. W nocy Jerzy i Seba pokazali co potrafią i wydawali z siebie takie dźwięki jak przy szczególnie trudnym oddtykaniu rury :DDD Byłam niewyspana. połamana i zła, ale niedługo :D
Poszliśmy sobie ostatni raz na Szczeliniec powiedziec "do widzenia - czekajcie na nas w kwietniu" i ruszyliśmy do domu.

Poniżej jedyne 3 minuty światła :D

A tu już światła zabrakło - trudno :)

Czekam na zdjęcia od Seby: jak w końcu przyśle, to tu wetknę.

wtorek, 17 lutego 2009

Pada

Pada śnieg.
Cichutko. Pada jak stada białych ptaków. Powoli zaczyna przykrywać cały brud, szarość i smutek. Może wróci czyściutka i sterylna zima? Wczoraj dzwoniliśmy do Pasterki - Pani Marlena mówiła, że jest pięknie, a śniegu wciąż więcej i więcej.
Niech pada, chociaż przy tej okazji znikają najpierwsze oznaki wiosny - najwyżej jeszcze troszkę poczekam. Okazało się, ze umiem.

O dociekliwości

Zosia zapragnęła zażyć kąpieli.
Szoruje wannę, bo kot się po niej przespacerował, a przedtem odwiedził piwnicę, a Zosia staje obok i stwierdza: hę, a to pachnie jak na pływalni! Mówię, ze owszem, bo środek, którego używam, zawiera chlor. "A co to chlor?" pyta znowu Zosia. Mówię, że pierwiastek. Znowu pytanie: a co to pierwiastek? Lekko zaczęłam wysiadać i mówię, ze Tatuś jej to wytłumaczy po południu, jak wróci, bo Tatuś chemik i do tego ma talent pedagogiczny, a chlor służy do odkażania na pływalni. Co to odkażanie Zosia już wie :)
Tu mnie Zosia zaskoczyła: "Ale Tatuś, to mi nie chce tłumaczyć i ostatnio nie wytłumaczył!". Pytam czego nie wytłumaczył, a Zosia na to, że nie wytłumaczył co to znaczy "niepokaranie poczęta" :D
Mówię, że nie "niepokaranie: tylko "niepokalanie" i pytam czego nie rozumie, a ona, że co to jest "niepokalanie". "Bez grzechu" odpowiadam, a Zosia drąży dalej: a "poczęta"? Uffffffffff - mówię że powołana do życia, szorując dalej tę wannę i, prawdę mówiąc, nie zastanawiając się przy tym co mówię do własnej córki. Cisza. Myślę: dała spokój, a dziecko znowu mnie pyta: a co to znaczy "powołana do życia"? :DDDDDDDDDDDD
Poddałam się. Powiedziałam, ze wytłumaczę jej później, bo muszę się najpierw się zastanowić jak to powiedzieć :D
Teraz się zastanawiam:D

poniedziałek, 16 lutego 2009

Pokręcone słowa

Dzieci przekręcaja wyrazy.

To wiadomo od zawsze.

Zosia zastrzeliła nas ostatnio "leniejem" i "saręką" :D Ten "leniej" bywa też "lenielem", a czasem nawet "nielelem". Bardzo rzadko jest po prostu jeleniem :D
"Saręka" to mistrzostwo świata - nie można dziecinie wytłumaczyć, że sarenka brzmi i wygląda, czarno na białym, inaczej niż jej się wydaje. "Saręka" pozostanie chwilowo "saręką" i już. Po feriach Pani Wychowawczyni, będąca ostatnio najwyższym autorytetem w sprawach gramatyki i ortografii, wytłumaczy dziecku, że dla ogółu społeczeństwa wyżej wspomniane stworzenie to swojska sarenka :D

Kto zgadnie co to "kęsiś"? Albo co oznacza słowo "kęsiśka"? Tata Zosi długo nie mógł się połapać, aż raz dziecku zrobił kolacyjkę. Dziecko lubi "menso" więc dostało "kembasę" na chlebku, wygryzło kawał plasterka, a potem zachwycone zdjęło wędlinkę i radośnie nią wymachując zawołało: Tata, patrz, kęsiś! Tata w końcu zorientował się, że Zosia cały czas mówiła o naszym sympatycznym satelicie.

Teraz Tata uczy córkę, że księżyc bywa nazywany w żargonie fotograficznym "łysy"! Biedne dziecko - jak ono ma nie zgłupieć i nie pogubić się w zawiłościach języka? :D
Starsze Świnki też przekręcały. Rodzina gubiła się w "gombiach" czyli gołębiach, "galgach" czyli krokodylach, ze o "kurderkach" i "tyniu" (serze) nie wspomnę.

Była też "ganga", którą Julka nazywała wodę - dużo później, kiedy dziecko już wyrosło, okazało się, że słowo "ganga" istnieje i oznacza..... wodę własnie w jakimś archaicznym języku hindi i stąd nazwa Ganges dla świętej rzeki - sama bym tego nie wymyśliła.

Trochę tego było. Dziadek-Polonista zakazał nawet poprawiać najstarszą Świnkę kiedy mówiła "oni jestą" zamiast "oni są" - Julka stosowała formę całkowicie poprawną, tyle, że staro-cerkiewno słowiańską :D
"Amja" - czyli idę coś zjeść :D zgłodniałam i mam ochotę na "kembasę" ;DDD

niedziela, 15 lutego 2009

Walętynki

Wczoraj były Walentynki.

Świnka Zosia dostała amoku i już w piątek, bo wiedziała, że w sobotę nie będzie nas w domu, uczciła nas prezentami "od serca".

Ja dostałam przepięknej urody, absolutnie unikatową, butelkę po 2-litrowej pepsi z przyklejonymi plasteliną (żeby do środka nie wpadły) bibułkowymi kwiatami :D Do tego niewymownie cudowne serce z papieru do drukarki z wołowym napisem: Z okazji Walętynek :DDDDDDD

Tatuś został uhonorowany podobnie, ale jego butelka była lepsza od mojej: dostała specjalne plastelinowe ucho, żeby twór był poręczniejszy i łatwiejszy do transportu :D Tatuś wogóle ma lepiej, bo w Walentyki ma urodziny, więc dostał też własnoręcznie uklejone przez córkę pudełko w różowe paski, a w pudełku: spalone, wcześniej wspomniane, gnioty z modeliny, koralikowe serduszko z napisem " z okazji Walętynek", niebieski balonik, żeby Tatuś mógł sobie podmuchać jak mu bedzie smutno i pięknie wyrysowane "37 lat", co jest nieprawdą, bo dopiero 36, ale takie ładne było i kolorowe, to 37, że Zosia uznała, ze ładniejszego już jej się nie uda narysować i to bedzie już na przyszły rok, bo w koncu Tata bedzie miał te 37 lat.

Starsze siostry także zostaly obdarowane.
Julka dostała obrazek z żyrafą (to jej ulubione zwierzę). Żyrafa ma na imię Melman („Madagaskar”), stoi nad pisuarem i wcina tabletke do czyszczenia toalet, a z pyska unosi jej się dymek: A tam w środku są takie umywaleczki, a w nich takie omiętusy! :D

Obrazek Dominiki, za to, przedstawia .......... zakochanego kota :D To z kolei, jej ukochane zwierzę. Kot ma wytrzeszcz, a z zadka wydobywa mu się coś czerwonego. Zosia twierdzi, że to kurz, którego czerwony tuman, unoszący sie za wspomnianym kotem, ma obrazować pęd nieszczęsnego stwora.
Interpretacja sióstr jest zgoła odmienna: otóż czerwony gryzmoł, to stężony feromon!!! :D

W końcu jak Walętynki to Walętynki. No nie? :D

Sprostowanie:
Otóż "37 lat" jest dlatego, ze Tatuś ZACZYNA 37 roczek swego żywota :D

wtorek, 10 lutego 2009

Niech już będzie ta wiosna.

No właśnie - niech już ona, ta wiosna, przyjdzie. Od kilku dni szczuje mnie zielonymi, sterczącymi ogonkami krokusów, śnieżyc i bledziutkimi kwiatuszkami ranników pod liśćmi. Wyłażą takie malutkie i bezwstydnie lśnią jaśniuteńką zielenią w zeszłorocznej szarzyźnie.
Siedzę w domu z chorą Świnką, chyba od niej złapałam katar i bół gardła.
W związku z powyższym, zrobiło mi się majowo:D I sobie przypomniałam, że na ubiegłorocznym plenerze nie tylko siedziałam na Szumach, ale tez łaziliśmy po bagienkach i łąkach. Poniżej efekty tego łażenia.
To różowe, to firletki, a te żółte kwiatuszki to jaskry - całe roztocze było właśnie takie: różowo-żółte i śliczne.

A to wełnianka z bagienka, niedaleko miejsca gdzie Tomek zorganizował plener.

Sitowie na wspomnianym bagienku.




Całkiem mnie zawełniankowało :D

Nenufary zza.............. wełnianki :D

sobota, 7 lutego 2009

Kupię sobie wrotki

Tęsknię za moim autem. Brak auta , niestety, człowieka uzależnia od zmotoryzowanych (zresztą autem uzależnionego;)) oraz od komunikacji podmiejskiej. W dodatku oakzuje się, że kto ma auto ten ma władzę(tak, tak - to dotyczy nie tylko pilota ;) - potrzeby uzależnionego są mało ważne, żeby nie powiedzieć, że nieistotne.
Może Zmotoryzowany Moim Autem, w końcu odbierze swoj samochod od mechanika i odda mi moje - mam nadzieje.....

wtorek, 3 lutego 2009

Nuda Panie - nuuuuuuuuuuuda..............

Po poludniu bede ze Świnką lepic gnioty z modeliny, bo swoje wczorajsze „dzieła” spaliła w piekarniku - miala pilnowac i zapomniala. Potem wyła „A ja się taaaaaaaaaak staraaaaaaaaaałaam”. Gnioty leżały w czułych objeciach brudnej chustki do nosa i kolor mialy taki, ze żadne inne miejsce nie byłoby dla nich bardziej odpowiednie.
Świnka odkryła pastele woskowe - co z tego, ze to zwykłe kredki świecowe. Na pudełku jest napisane, ze pastele i tak ma być. Była zachwycona mozliwoscia smarowania po moich kolorowych papierach za ciezkie pieniadze, ale co tam - bawila sie pysznie. Najpierw powstały obrazki dla Babc i Dziadkow. Nie wiem wprawdzie dlaczego niby babcia ma umrzec z zachwytu nad krowa w kwiatkach, albo dziadek ma oszaleć ze szczęścia nad stadem kur, ale zwazywszy na game kolorystyczna jaka dziecko zawarlo w swoich dziełach, dziadkowie na pewno dostana oczoplasu. Dobrze, ze ona nie lubi rysować laurek. Mowi, ze laurki to obciach - ma racje.

A ja sie znowu nuuuuudze. Z nudow zjadlam zupe z paczki, kawał czekolady, drugie śniadanie, fragment ciasta. To prawda, ze z nudów sie tyje. Moze tylko mi palce nie utyja, bo miały gimnastyke - klepałam i rysowałam. Szkoda, ze palce nie spalają tłuszczu za całe ciało...... Byłabym, wtedy taaaaaaka szczupła :D Albo jęzor - jęzor mógłby spalac kalorie za całe ciało - wtedy wszystkie panie urzedniczki wyglądałyby jak anorektyczki :D, a nie jak, dajmy na to , pączuszki :). I wtedy - przykładowo - jakaś pani referent Danuta miałaby na imię Donuta :D
Przeczytałam koledze na głos to co napisałam, ale kolega sie akurat nie nudzi, bo obrabia parówki - my tu ciągle robimy cos do jedzenia! Pierogi, mąki, parówki, oliwy, czekolady, lody, kisiele i ryby w puszkach i jedynym odstepstwem od tego byl szampon...........owocowy :D

O - przypomniało mi sie, ze mam zdjecie z pszczołą lecącą do........... jedzenia :D

Jedno z moich pierwszych pierwszych zdjec to jest - ach jak ono mi sie wtedy podobało :D




Wywiadówka

Tata Świnki był wczoraj po południu na wywiadówce.
Wrócił do domu, pokazał świadectwo półroczne - wszyscy pochwalili, bo się nie spodziewali, że będzie takie dobre :D Poza tym Świnka pierwszoklasistka - chwalić trzeba i należy.
Świnka poróżowiała z dumy :D
Potem Tata zapchał usta późnym obiadem, ale cały czas sie uśmiechał i w koncu nie wytrzymał: Świnka, jak wszystkie dzieci z jej klasy, miała napisać sprawdzian.Usiadła i zaczeła pisać. Po pięciu minutach wstała i głośno stwierdziła, że już jej się nieeeeee chceeeeeeeee pisać tego sprawdzianu (mama zaczęła dusić się ze śmiechu, ale Starsza Swinka mamę uspokoiła, ze to niepedagogicznie). Tata mówił dalej: pozostałe dzieci klasy Świnki też stwierdziły, ze im się nie chce :DDDDDD.
Działania pedagogiczne spełzły na niczym - Rodzina rechotała, a Swinka sie wkurzyła zupełnie nie rozumiejąc o co chodzi - przecież ona miałą własne zdanie!
Co zrobić z uparta Świnka - Wolnomyślicielką?Świnka miewa i inne pomysły. Została razu pewnego ze starszymi siotrami sama w domku. Siostry chciały pospać, a Świnka była głodna i jęczała - jak juz wspomniałam: jest w tym najlepsza. Jęki budzą opór - Świnka została sama z brakiem śniadania. Co tu robić? Co tu robić? Gaz zapalać samej strach, a człowiek napiłby się gorącego mleczka do śniadanka...............

Zwykle Świnka jest do bólu logiczna - była i tym razem: jeśli umie sobie zrobić herbatke potrafi też sama zagotować mleczko w ........ czajniku elektrycznym :D

poniedziałek, 2 lutego 2009

Dziś jestem w domu

Nie wiem wprawdzie jak długo pobędę w tym domu, bo przyczyna tego jest najmłodsza Świnka i jej kaszel (zaczyna być wręcz namacalny - arghhh!), ale fakt pozostaje faktem.
Dziecko właśnie bezmyślnie ogląda bajki w telewizorni, w oczekiwaniu Kochanego Tatulka, który zabrał mamusin samochód, a trzeba nawiedzić lekarza - cóż - bywa.
Uznałam, ze w takim przypadku moge sobie wykorzystac wolną chwilkę i podręczyc klawiaturę komputera.
Jest zima. Wypadaloby pokazac jakie zimowe zdjecia, ale z okolic domu nie mam co pokazac: snieg niby spadl, ale taki jakis nieprzekonujacy i jest po prostu brzydko. Mam za to kilka zdjec z okplic Sylwestra - bylismy w Gorach Stołowych.
Nie nocowaliśmy, jak zwykle, w Kudowie u mamy naszego Przyjaciela - Jurka, ale w Pasterce - pod Szczelińcem. Fajnie było - zmienił sie najemca i teraz jest sympatycznie i czysto , i coś zaczyna się dziać na Szczelińcu i w Pasterce.
Pogoda była średnia - tylko jeden lub dwa poranki sie nam udały, a moje najlepsze zdjęcia są zrobione w ......... samo południe :D Czyli tak jak zdjęć się nie robi :D W dodatku po ścieżce zdrowia, jaka urządziły mi dwa Jerze drugiego dnia pobytu, połamało mnie tak skutecznie, że nie mogłam chodzić :D Jak można grafika kreatywnego, który nie rusza tyłka ze stołka przez cały boży dzień, pognać na początku wyjazdu na Skałki Puchacza i Białe Skały? No jak? :D
Łaziliśmy i łaziliśmy i łaziliśmy - i świt był, ale nie dla nas :D Próbowałam zrobić jakieś zdjęcia ze Szczelińca - kiszka - kompletna klapa: tak wiało, ze miałam silne wrażenie, ze odpadnie mi twarz od mrozu (-20) - zdjęcia udało sie zrobić Mojemu Mężczyźnie - twardy był :), ale i tak odmroził sobie skórę na nogach.
Efekty wyjazdu poniżej :D

Tak sobie mgła płynęła i płynęła................. Gdzieś tam słonko macało po szczytach świerków.

I wszystko było „obrośnięte” szadzią.

Las - mgła - las - i tak przez cały czas :D

W lesie zaczęła spadać szadź z patyków.

W przypadku posuchy nawet patyki wydaja się być łakomym kąskiem :D

Ha! Patyki wciąż na topie :D

Nieco bardziej globalny ogląd patyków.

Patyki mi się znudziły i znalazłam inny temat do dręczenia - paprotko-świecidełka.

Nie mogłam sie powstrzymać :)

Nad bukami też się troche pastwiłam, ale dopiero po południu :)