Moja Babcia urodziła i wychowała się w Warszawie.
Miała czworo rodzeństwa: 3 braci (jeden z nich - Mieciuś, zmarł jako małe dziecko, jeden został zagazowany z kolegą w obozie, najstarszy zmarł po powrocie z Dachau) i siostrę - Romę. Mieszkali na Starym Mieście. Pradziadek był znakomitym krawcem - Babcia zawsze mówiła, że szył tak mistrzowsko, że potrafił "wyprostować" garbatego. Myślę, że tak było naprawdę, a głównym źródłem utrzymania rodziny było szycie mundurów oficerskich i sutann.
Ciotka Roma była pięknością: wysoka, postawna, ciemnowłosa - bardzo szybko - jako szesnastolatka wyszła za mąż za Wujka Mariana - niewiele od niej starszego.
Moja Babcia - Zosia, miała wtedy lat dwanaście i konopie w głowie - zdaje się, że była bardzo nieznośna :DDDD Z wujkiem Marianem stanowili koszmarny duecik i chyba byli utrapieniem dla Prababci.
Pewnego razu siedzieli sobie w bramie kamienicy, w której mieszkali i skubali pestki słonecznika albo dyni. Ponieważ Prababcia i stróż mieli ich na oku, łupiny nie lądowały na bruku, tylko trafiały z powrotem do papierowej torby - był piątek po południu. W końcu i to zajęcie im się znudziło i zaczęli myśleć co zrobić.
I wymyślili. Coś szalenie dowcipnego. Wrzucili torbę z łupinami przez lufcik okna w suterenie i z dzikim chichotem uciekli do domu. Po kilku godzinach wróciła do domu Prababcia: wpadła do mieszkania z furią w oczach (była maleńką kobietką, ale potrafiła w ataku wściekłości pobić wielkiego chłopa), złapała Mariana za kołnierz, a Zosię za ucho i zawlokła ich do sąsiedniej kamienicy.
Okazało się, że okienko sutereny, przez które wrzucili nabój wypełniony śmietkami po dyni, należało do bardzo ubogiej żydowskiej rodziny. Gospodyni, wróciwszy do domu przed samym Szabatem i zobaczywszy potworny śmietnik na podłodze, wpadła w rozpacz, bo właśnie zaczęło zachodzić słońce.
Właśnie wtedy na płaczącą kobietę trafiła moja Prababcia. Natychmiast skojarzyła pestki z Zosią i Mariankiem :D Musieli posprzątać i wyfroterować w szatańskim tempie całą podłogę, żeby sąsiedzi mogli zacząć swoje święto :DDDDDDDD Inaczej Prababcia zamieniłaby im życie w piekło :DDDDDDD
Wydaje mi się, że mąż kobiety, której tak "dowcipnie" dopiekli Zosia i Marian, był pomocnikiem mojego dziadka czyli też krawcem. Pamiętam też, że Babcia opowiadała, że Prababcia bardzo ich lubiła i ubrania po starszych dzieciach, o ile nie były zniszczone, trafiały właśnie tam.
Wszyscy zginęli kilka lat później w warszawskim getcie.
p.s.: Gwoli wyjaśnienia dlaczego powyższy złośliwy żart został tak ostro i szybko ukarany: Szabat jest świętem żydowskim - zaczyna się w piątek po zachodzie słońca i kończy się w sobotę, także po zachodzie słońca - jest zakończeniem tygodnia, jak dla nas niedziela. Żydzi ortodoksyjni w tym czasie nie wykonują żadnych czynności będących pracą lub z pracą związanych. Stąd też tradycyjną potrawą szabasową był czulent, który włożony do szabaśnika lub duchówki (rodzaj piekarnika, w którym bardzo długo utrzymywało się ciepło - zwykle przy kuchni węglowej) "dochodził " przez wiele, wiele godzin.