środa, 13 października 2021

Pocztówka z wakacji

Przed wyjazdem (każdym) przeżywam reisefieber (po niemiecku to tyle co rozgorączkowanie: reise - podróż i fieber - gorączka, po domowemu  i niekoniecznie cenzuralnie, to po prostu: przedwyjazdowa sraczka mózgowa). Pakuję wtedy WSZYSTKO. Dosłownie. Stosy gatek, butów, ręczników, koszulek, skarpetek itd. piętrzą się wszędzie. Zgroza. I zwykle zapominam zabrać te rzeczy, które są najważniejsze. 

Ale jest coś co zawsze ze mną jedzie: duży plastikowy pojemnik z pokrywką. Bo zbieram. Wszystko. Patyki, liście, kamyki, nasiona, muszelki: kawałki świata. Praktykę pojemnikową zainaugurował wiele lat temu Książę Małżonek. Przerażony ilością zachomikowanych we wszystkich zakamarkach auta śmieci, przed kolejnym wyjazdem nabył specjalnie dla mnie wielkie pudło. Zapytany dlaczego takie szczelne i twarde, przypomniał jak bardzo cuchną krabie szczątki, mokre muszle i kamienie z dziurką zadekowane w foliowych torebkach i jakim cierpieniem napawa mnie utrata tychże. No cóż... Miał rację. 

Tym razem także zabrałam pojemnik. Zapakowałam do niego masę rzeczy, a potem zapakowałam go do samochodu. A potem wypakowałam go w domu i ............ zapomniałam o nim. Znalazłam wczoraj. Z przerażeniem pomyślałam o skażeniu biologicznym domu i okolicy. Przemknęła mi też przez głowę myśl, że może lepiej zutylizować pudełko wraz z zawartością? Bo ten smród był obiecujący. Fetor jaki rozsiewały dwa olbrzymie kamulce (prawdopodobnie kawały martwej skały koralowej) zmusił nas do trzymania ich przed domem przez kilka tygodni. Ale to pudełko takie praktyczne..... I ten plastik tak wywalić? No nie! 

Otworzyłam heroicznie i............ Żadnego smrodu. Tylko miękki, nieco mdły, zapach zeschniętych liści figowych. Wyjmowałam z pojemnika kolejne patyczki, kamyczki, listki i trawki jak wspomnienia z zakątków mózgu. I tak, może to i są śmieci, ale nawet jak śmierdzą, to pamiętam słońce na stopach, smak fig z drzewa przy drodze, plusk wody i spokój. 

No to się z Wami podzielę 



środa, 31 marca 2021

O kupie, szczęściu i łakomstwie.

Okno babcinej łazienki wychodziło na Szambelankę. 

Kiedy w domu było cicho i sennie, kiedy Babcia miała czas i była spokojna, a słońce grzało mury,  otwierała to okienko najszerzej jak mogła. Zapinała je na haczyk, żeby nie skrzypiało i nie zamykało się. Szła do kuchennego kredensu i wyjmowała drobny groszek, pszenicę, która nie zdążyła zostać kutią albo jakąś kaszę. Potem wychylała się daleko, daleko poza parapet i wołała. Cichutkim, miękkim gruchaniem nawoływała staromiejskie, siwe gołębie.

Zawsze przylatywały. Szeleszczącą chmurą siadały wokół Babci i, jak maszyny, pożerały wszystko co im sypała. Groszek, pszenicę, która nie została kutią, jakąś kaszę. A Babcia mówiła. Cichutko opowiadała co się w niej dzieje, co się wokół niej dzieje.  Robiła to tak często, że tłuste ptaszyska wcale się jej nie bały. Kiedy pożarły już wszystko co dla nich miała, zaczynały chodzić po parapecie śmiesznie potakując głowami. Wpatrywały się w nią łakomie nieruchomymi, złotymi oczami i cierpliwie słuchały. Przysiadały na babcinych ramionach, polatywały wokół, puszyły i czyściły pióra. A Babcia mówiła. Potem ptaki zaczynały zaczynały domagać się dokładki: podchodziły bliziutko do babcinych rąk i zaglądały do środka. A jeśli te twarde, spracowane i pomarszczone dłonie o króciutko obciętych paznokciach były zamknięte, próbowały wetknąć głowy głęboko między palce. Potem zrywały się gwałtownie i odlatywały.

Czasem, zaglądały też rano. Stukając w szyby domagały się ziarenek teraz, natychmiast! Ale Babcia była twarda: poczęstunek był tylko na jej warunkach i w czasie, który ona wyznaczała. 

Strasznie to lubiłam. Podglądałam Babcię, stojąc w drzwiach, w cieniu. Nie uczestniczyłam w tych chwilach. Babcine gołębie kochały tylko ją. Mnie się bały. Za to mogłam karmić gołębie na Podzamczu. Wracając z targu, siadałyśmy na jakimś rozgrzanym murku i mogłam częstować ptaki do woli. Tylko jeść mi nie było wolno: bułka, obwarzanek, kawałek jabłka czy cokolwiek innego co miałam w dłoniach stawało się łupem bezczelnych ptaszysk.

Czasem zdarzało się, że wracałam do domu, w berecie lub płaszczyku, ozdobionym upuszczoną mściwie i znienacka, śmierdzącą straszliwie kupą. Wyłam wtedy wniebogłosy, a Babcia pocieszała, że ta kupa, to z wdzięczności i na szczęście. A szczęście czekało w domu: spoczywało w puszce po kawce Ince, w postaci monolitycznej lepkiej bryły. Było wielobarwne: białe, żółte, pomarańczowe i czerwone. I miało słodki smak migdałów, wiśni, cytryn. Szczęściem zarządzał Dziadek. Wracał z pracy, albo z działki, zjadał obiad i otwierał tę mityczną puszkę. Potem z trudem wydłubywał pojedyncze cukierki. Z namaszczeniem ssaliśmy pomalutku kolorowe brylanty.

Puszka po kawce Ince okazała się być puszką Pandory. Pewnego dnia, z czystego łakomstwa, wlazłam na kuchenny stół i z wysokiej półki ściągnęłam pudełko. Babcia patrzyła z dezaprobatą. "Kasiu, nieładnie robisz, to landrynki Dziadka - poczekaj na niego". Nie słuchałam. Łakomstwo zwyciężyło. Oznajmiłam, że wezmę sobie tylko jedną, malutką, białą migdałową landryneczkę i Dziadziuś nic nie zauważy. Z trudem, wspomagając się kopyścią (Babcia nie chciała mi pomóc w grzesznym procederze), dokonałam włamania i sięgnęłam chciwie do bryły cukru. 

I wtedy.... polała się krew! Kawka Inka była zabezpieczana cienką metalową blaszką. Po wyrwaniu tego zabezpieczenia zostawała ostra krawędź pod pokrywą puszki. A ja się właśnie na tę krawędź nacięłam! Krew się lała, ja wyłam i czkałam. Babcia, bez słowa, wyjęła bandaż i opatrzyła mi pocięty dotkliwie palec. Puszka wróciła na swoje miejsce z nienaruszonym monolitem w środku. Jedynie zdobna w krwawe zacieki. 

Dziadek przyszedł do domu. Zjadł obiad. Sięgnął po puszkę. Wydłubał mojego ulubionego migdałowego cuksa i podał mi go. Odmówiłam. Niebieskie, małe oczka Dziadka zrobiły się jak spodki. Potem popatrzył, na bandażową kukiełkę na moim palcu, na krwawe zacieki na puszce, na moje zasmarkane, czerwone i zapuchnięte oblicze i....... wszystko zrozumiał! 

Jak ja się strasznie wstydziłam!!!!!! I do dziś wolę jednak te żółte, cytrynowe landrynki ;D

A tak karmiłam gołębie :D



czwartek, 4 lutego 2021

Roznosiciele snów

Jak byłam mała, to moje koleżanki chciały być policjantkami. Albo przedszkolankami. Albo Marylą Rodowicz! A ja chciałam być .... KOMINIARZEM!

Mieszkaliśmy w pobliżu kombinatu, w którym pracowała moja Mama. Rano Mama szła do pracy, Tata jechał pociągiem do swojej pracy do Poznania, a ja szłam do Mamuś Derowej. 

Mamuś Derowa mieszkała tuż obok nas. Razem z Ewunią, Grażynką, Tatusiem Derą i najważniejszą osobą w domu: Babuś Derową. Babuś Derowa była niziutka i okrągła, i nosiła kwieciste fartuchy. Miała siwiuteńkie, bardzo długie włosy. Zaplatała je w warkocz, cieniutki na końcu jak mysi ogonek, i zwijała na karku w płaski srebrny kok - sznekę (tak tutaj wciąż jeszcze czasem mówi się na drożdżówkę). 

Rano Mamuś Derowa biegła do pracy, bo pracowała w tym samym kombinacie co moja Mama. Prowadziła tam stołówkę i gotowała najpyszniejsze na świecie zupy jarzynowe i kompot z korbola. Ja zostawałam z Babuś Derową. Wyglądałyśmy sobie przez okno. Babuś Derowa opowiadała różne fajne rzeczy i bajki. Chodziłyśmy też do kurnika, albo do malutkiego ogródka, w którym rosła pachnąca cebula, słodziutki groszek i gryzące w jęzor rzodkiewki. Czasem, do poprawczaka, który był niemal na przeciwko domu, w którym mieszkali Derowie, niebieska Nyska przywoziła młodych chłopaków i wtedy Babuś Derowa wzdychała ciężko ze smutkiem.

Koło południa Ewunia i Grażynka wracały ze szkoły. Potem Tatuś Dera docierał z pracy. Wszyscy siedzieli w ciepłej kuchni i jedli gorącą, pachnącą zupę ze sznytką chleba z masłem. Jesienią i zimą Ewunia rozstawiała projektor i wyświetlała bajki w ciemnym pokoju i strasznie ciężko było wychodzić z ciepłego mieszkania Derów, jak Tata, idąc ze stacji kolejowej, odbierał mnie w drodze do domu. 

Latem, największą atrakcją był kiosk. Kiosk był przyklejony do betonowego ogrodzenia starego parku i był otwierany na krótko. Było tam pełno wszelkiego dobra dla wszystkich. Dla Panów były napoje wyskokowe i papierosy, a dla dzieciaków były lizaki i lody Bambino, które wyglądały jak kanapka lodowa w wafelkach. I była też czerwona oranżada w butelkach z porcelanowym korkiem. Pyszna! Landrynkowa!

Szłam tam czasami z Ewunią i stałyśmy cierpliwie w ogonku razem z bandą rozwrzeszczanych dzieci i dorosłymi uzbrojonymi w emaliowane kanki na świeże piwko z pianką. A jak przychodziła nasza kolej to dostawałam lizaka! Najbardziej lubiłam czerwone cukrowe kogutki za kilka groszy. Lizałam je i ciumkałam, a potem kazałam wszystkim podziwiać jaki mam diabelsko czerwony jęzor. Szłam do domu wywieszając go na całą długość i zezując czy aby na pewno jest wystarczająco ognisty. Zezując na jęzor, zapominałam patrzeć pod nogi i w domu Mamuś Derowa smarowała mi otarcia jadowicie fioletowym mazidłem i naklejała na zdarte kolana i łokcie plastry. A jak już przestawałam wrzeszczeć, to z dumą oglądałam poniesione rany.

Wszystko było fajne! Wszystko trzeba było powąchać, dotknąć, posmakować! Ale najfajniejsi byli .... KOMINIARZE! Od wczesnej jesieni pojawiali się na ulicach. Zwykle po dwóch, trzech. Z umurzonymi twarzami, w szapoklakach, cylindrach i melonikach z naderwanymi rondami, albo całkiem bez rond. W czarnych bluzach z dwoma rzędami złotych guzików i z kolorowymi chustkami na szyjach. Błyskali w szerokich uśmiechach zębami i białkami oczu. Kiedy przechodzili, cichły rozmowy i ludzie kłaniali się im z szacunkiem. Byli bardzo, bardzo ważni: w domach wciąż jeszcze gotowało się na westfalkach i paliło się w kaflowych piecach. 

Fascynowali mnie. Byli tajemniczy i niedostępni. I mieli takie dziwne przyrządy: sznury, kule, szczotki. I drabiny mieli! I wielkie worki! I mogli wchodzić bezkarnie na dachy. Nikt im tego nie zabraniał! Też tak chciałam! Chciałam wchodzić na dach i patrzeć na wszystko z wysoka!

Naprawdę??? Tylko te sadze wygarniali??? O nie! Byłam głęboko przekonana, że sadze, to tylko pretekst. Bo przecież przez kominy było z pewnością słychać rozmowy, westchnienia, marzenia......Kominiarze nasłuchiwali tych wszystkich ludzkich pragnień i wtedy, w nocy, wracali na dachy. W wielkich workach przynosili ludziom..... sny. To dlatego byli tacy czarni: żeby nie było ich widać w ciemności! Rozwijali zwoje sznurów i na ich końcach spuszczali sny przez kominy......... To była, według mnie, istota ich pracy. I też chciałam koniecznie zostać kominiarzem. 

Tak mi się przypomniało, bo grzebałam w szkicownikach i znalazłam stary obrazek. 



Kominiarzem nie zostałam. Trochę podrosłam i zapragnęłam zostać paleontologiem. A potem ichtiologiem. A potem biologiem. A potem rzeźbiarką. Albo malarką. No i guzik z pętelką. Nie zostałam. 

A Wy? Pamiętacie kim chcieliście zostać jak dorośniecie? I dlaczego?


p.s.: Przesłałam Ewuni, dziś Ewie, to co napisałam i tutaj umieszczam jej komentarz: 

Wróciły miłe wspomnienia. Cofnęłam się przez chwilę w czasie. Dziękuję Kasiu. To były cudowne beztroskie czasy. Zapomniałaś że w tym sklepiku sprzedawał pan Borowczyk smaczne sękacze którymi i ja się objadałam. Teraz takich nigdzie nie ma.

środa, 13 stycznia 2021

Ewolucja

 Mam takie ulubione miejsce w Poznaniu: Poznańską Palmiarnię.

Jak byłam mała, to Tata zabierał mnie tam w niedzielę. Zawsze gdzieś szliśmy: do Starego Zoo, do Zoo na Malcie, do Muzeum Instrumentów Muzycznych, do Muzeum Narodowego albo właśnie do Palmiarni.

Chodziliśmy po wąskich alejkach udeptanych krokami setek odwiedzających to miejsce ludzi. Było gorąco i wilgotno i Tata tłumaczył dlaczego dżunglę nazywa się czasem „zielonym piekłem”. I dlaczego jedne pawilony są chłodniejsze niż inne. I po co rośliny wykształciły ciernie. I po co im grube łodygi. Albo dlaczego niektóre rośliny nazywają się tak samo, a wyglądają całkiem inaczej (wciąż zdumiewają mnie euforbie). I co to są sukulenty. I po co są łacińskie nazwy roślin. Zadzierałam głowę i pytałam, pytałam, pytałam. A Tata odpowiadał cierpliwie. A jak nie umiał odpowiedzieć, to wracaliśmy do domu, wyciągaliśmy Encyklopedię Gutenberga i sprawdzaliśmy co było do sprawdzenia. Albo pytaliśmy Mamę. 

Bo Mama była ogrodnikiem. Zabierała mnie czasem do pracy. Chodziłam za nią po szklarniach ze stadem kotów i patrzyłam jak rosną goździki, pomidory, gerbery. A jak się zmęczyłam, to szłyśmy do laboratorium. Panie i Panowie, którzy tam pracowali pokazywali mi malutkie roślinki, merystemy, preparaty, pozwalali mi zaglądać przez mikroskop i spokojnie tłumaczyli i odpowiadali na nieskończoną listę pytań. Raz nawet dostałam uśpionego eterem turkucia podjadka i przechowywałam jego truchełko przez jakiś czas w słoju jako cenny skarb. 

Zapędziłam się za daleko od Palmiarni. Zamknięto ją. Na kilkanaście lat, bo przedpotopowa konstrukcja wymagała wymiany. Strasznie tęskniłam. Mama zaczęła mi znosić rozmaite zielsko z pracy i zaprenumerowała fantastyczne pismo „Kwiaty". Czytałam, hodowałam rośliny i owady,  i uczyłam się, że rośliny jedzą mięso, kupę, jajka. Tata podsunął mi skamieliny, których szukaliśmy na starej żwirowni i opowiadał mi o dinozaurach, amonitach, belemnitach. Mama tłumaczyła, że sagowce, paprocie i miłorzęby, to też żywe skamieniałości.

I tak to we mnie zostało - nie wyrosłam nigdy z tego przedpotopowego świata. Właściwie, to nie dość, że nie wyrosłam, to jeszcze sama zrobiłam się przedpotopowa. I dobrze mi z tym. Lubię być babcią. I cieszę się, że może uda mi się przekazać moim wnukom (mam ich  troje i są jeszcze bardzo mali) coś co sama dostałam dawno temu: zachłanną ciekawość świata i nieposkromioną potrzebę zdobywania wiedzy. 

I znowu zapędziłam się za daleko od Palmiarni. Piszę o niej dlatego, że pokazałam kilku osobom ilustracje do książki, którą napisałam i narysowałam. I kilka z nich skomentowało je jednakowo:
KASIA! To jest PALMIARNIA!!!!! 

Właściwie nie zastanawiałam się nad tym rysując, ale wiem skąd tam ta palmiarnia się wzięła :D  I zapraszam Was do mojego świata: do mojej Palmiarni i do mojej książki :D

„OD POCZĄTKU czyli powstanie i rozwój życia na Ziemi”
ukaże się już niedługo nakładem Wydawnictwa Nasza Księgarnia. Poniżej fragmenty kilku ilustracji, a wśród nich te „z Palmiarni” :)






wtorek, 1 grudnia 2020

Koronacja

 Książę Małżonek wrócił do domu. 

"Moja baza wirusów została zaktualizowana" - oświadczył. Po czym zmienił odzież z "kościółkowej" na mniej oficjalną, zażądał "czegoś od bólu głowy" i ......poległ. Na miesiąc. 

Właściwie polegliśmy oboje. Mówiąc krótko: zostaliśmy przetestowani i legalnie ukoronowani. Leżeliśmy sobie, jak państwo królestwo w łóżku, połykając coraz to nowe specyfiki* i popijając je rosołkiem ugotowanym w dużych ilościach jeszcze za lepszych czasów. Właściwie tylko rosołek przechodził nam przez gardła. I marchewka z tegoż rosołku. Poszła w ruch poduszka elektryczna i termometr, a zrobienie sobie herbaty i dotarcie z kubkiem z kuchni do sypialni wymagało samozaparcia i hartu ducha. Na ciało nie było co liczyć - ciało było słabe, obolałe i churchlające. Nawet nie miało siły dowlec się do sali tronowej w celu opróżnienia pęcherza po tym rosołku i morzu herbaty. 

Anioł Stróż w postaci ciotecznego brata Księcia Małżonka czuwał żebyśmy mieli z czego robić sobie kolejne rosołki**, a Mama Miłka*** zrobiła nam taką szaloną ilość kotletów, pachnącego sosku grzybowego i zupy pomidorowej, że wciąż jeszcze je jemy.

Do tego wszystkiego Książę Małżonek wyleżał sobie rwę kulszową. Trzymając się za tyłek, brnął do łóżka z mordem w oczach, bo przez ataki suchotniczego kaszlu śpiewałam głosem jak ten słowik co konie dusi: "Był sobie dziad i baba, Bardzo starzy oboje, Ona kaszląca, słaba, On skurczony we dwoje."

A jednak "Cysorz to ma klawe życie". Zwłaszcza jak ma imieninki. I te imieninki przypadają w Dniu Pluszowego Misia. Bo tego dnia heroiczny listonosz przyniósł mi paczuszkę. Z misiami. A właściwie książką o misiach. Przyniósł, zapukał, podał, uśmiechnął się ciepło zza maseczki i pożyczył zdrowia. I zniknął. 

A to obrazek do tej książki o misiach:


To mój wkład do "Misiów, miśków, niedźwiadków", którą wymyśliła Małgosia Potocka, a do której przyłożyły paluszki:

A gdybyście chcieli poszukać tej wiekopomnej publikacji w celu obdarowania nieletniej dziatwy na Świętego Mikołaja lub też zapełnić nią miejsce pod Choinką, to szukajcie w księgarniach takiej okładki:



To teraz pozdrawiam Was wszystkim z pełną świadomością znaczenia tego zwrotu :)




*W skład specyfików wchodzą: witamina D3, witaminy z grupy B, witamina C, aspiryna, cynk, magnez, a poźniej jeszcze inne, nieco mniej dobrowolne

**Rosołki w zasadzie robią się same, a najlepiej się robią jak się o nich zapomni jak się robią.

***Mama Księcia Małżonka czyli Fajowa Teściowa.

środa, 10 czerwca 2020

Tomek

Telefon wygrywał melodyjkę. Odebrałam. 
- Byłem wczoraj u kumpla, co ma małe dziecko. Kacha! To jest zajebiste! Ta książka! To ty ją narysowałaś? Bo na okładce jest twoje nazwisko. To ty? Kumpel mówi, że to wszystko prawda, bo on biologiem jest. Ja  tam nie wiem czy mrówki srają do kibla, ale i tak to jest zajebiste! Ja cię wykorzystam!

Tak zaczęłam współpracować z Tomkiem i Leśnym Studiem. Jeszcze długo mnie nie „wykorzystał”. Najpierw dał głos żabom, które narysowałam dla Naszej Księgarni. Poprosiłam go o radę, co zrobić, żeby żaby przemówiły i Tomek, nie nagabywany i nieproszony, poszukał studia w Poznaniu, a potem sam przyjechał i przypilnował żebym nie dała plamy. Po nagraniu poklepał mnie po plecach: “Umiesz rysować. Gadać też umiesz. I wiesz o czym gadasz. I zrobiłaś kawał dobrej roboty”. Potem stwierdził, że nie wierzył, że podołam czytaniu, ale nikt nie mógłby zrobić tego za mnie. Spuchłam z dumy i urosłam 10 centymetrów: usłyszeć coś takiego od Tomka! A potem znowu stwierdził, że mnie musi „wykorzystać”. Dumna i blada pojechałam do domu i zapomniałam o rozmowie. Tomek był tak zajęty, że uznałam to za kurtuazyjne gadanie. 

Niedługo później znowu zadzwonił telefon. 
- Kacha! Robimy dwie książki. Zrób scenariusz. SZYBKO! 
Zdębiałam i oświadczyłam, że nie wiem o co chodzi i nie umiem napisać scenariusza. Tomek się wkurzył:
- No, przecież mówiłem, że cię wykorzystam! Robimy dwie książki naraz. Siadaj i rysuj. Albo nie! Najpierw napisz! 
- Ale ja nie umiem pisać!
- Umiesz! Tylko o tym jeszcze nie wiesz! Za dużo gadasz. Pisz. I ten scenariusz napisz, tylko SZYBKO! Wierzę w ciebie! Jak ktoś umie tak gadać, to pisać też umie! 
I znowu powiększyłam gabaryty - Tomek sprawiał, że moje poczucie własnej wartości wyskakiwało ponad zero.

Zrobiliśmy razem książki dla dzieci, w które Tomek wlał życie. Dał głos ptakom, owadom, zwierzętom. Zaszumiał trawami i zaszeleścił drzewami. Robił to tak pięknie, że czasem rodzice opowiadali mi, że puszczają dzieciom płyty z tych wspólnych książek do snu, bo ptaki na nich tak cudownie śpiewają. Nie chciał wierzyć kiedy mu o tym mówiłam. Zawsze, przy nagrywaniu, pilnował czy mam wodę, albo żebym zjadła obiad. Był bardzo spokojny i skupiony. Ja czułam się spokojna i skupiona. I bezpieczna. 

Kiedyś w drodze do studia nagraniowego tak gadałam w pociągu ze spotkanym tam botanikiem, że zapomniałam walizki. Usiadłam i płakałam. Tomek zapytał dlaczego beczę i co miałam w tej walizce. Właściwie nie miałam w niej nic wartego płaczu czy zachodu, ale jak przyznałam się, że były w niej moje ukochane kapcie, to po nagraniu jeździł ze mną po Warszawie i pomógł odzyskać zagubiony bagaż. I nie wyśmiał mnie. 

Nie zawsze było tak fajnie. Bywało, że Tomek się wściekał. Wrzeszczał wtedy i syczał. A ja obiecywałam sobie, że to już ostatni, ale to całkiem ostatni raz pracuję z "tym strasznym Ogrodowczykiem". A następnego dnia dzwonił: Przepraszam, poniosło mnie. Ale trochę racji miałem! No, sama przyznaj! Tak, miał trochę racji, a czasem nawet więcej niż trochę. I zawsze umiał przyznać się, że przesadził i przeprosić. Był jak ogromne gorące Słońce: ogrzewał wszystko wokół, chociaż czasem zdarzało mu się coś przypalić. Doskonale niedoskonały. A może niedoskonale doskonały?

Nigdy nie miał czasu, żeby pogadać: 
- Nie mogę gadać, ufam ci. Zrobisz to najlepiej. Tylko SZYBKO.
A kiedy już udało mi się go dopaść, to czasem rozmowy z zawodowych zbaczały na literaturę, filozofię, film i trwały długo długo. W tle śpiewali bracia Gibb.

Już z nim nie pogadam. Słońce Tomka zgasło.


wtorek, 11 czerwca 2019

Upał

Noce takie są upalne
I słowiki spać nie dają.......

... śpiewała Babcia Zosia siekając natkę pietruszki do rosołu. Pachniał rosół, pachniała pietruszka....Tak mi się przypomniało. Wieczór był wyjątkowo gorący. Wypełzłam z chłodnej pracowni, jak coś co żyje w wilgotnych miejscach, pod kamieniami. Upał uderzył jak obuchem - aż zabrakło mi powietrza. Pachniała budleja, zmęczona całym dniem, pachniały róże. Pachniał słodko wiciokrzew okupowany przez głodne ćmy. Gdzieś, niedaleko, słowik wyśpiewywał w krzakach miłość do ukochanej. Jeszcze trochę, a znowu zaczniemy ciągnąć losy o miejsce do spania na łożku przed domem. A wtedy wystarczy tylko wyłączyć wszystkie światła i szeroko otworzyć oczy.


Wracam do pracy. A wieczorem znowu popatrzę w niebo. Czego i Wam życzę.





P.S.: Się rysuje nowa książka :)

środa, 6 lutego 2019

Oderwanie

Niby jest tak, że ciało powinno być spójne z rozumem. 

Niestety, ostatnio osiągnęłam poziom abstrakcji, w którym ciało oderwało się od rozumu i w sposób całkowicie bezmyślny nasypało do kawy gałki muszkatołowej (zamiast imbiru). Hmmmmmmmmmmmm, kawa smakowała osobliwie, choć przy pewnej dozie dobrej woli mogłabym ją nawet polubić: w końcu korzenna - tak czy inaczej. Zwłaszcza, że rozum, spróbowawszy kawy, wrócił na swoje miejsce. Rytualny, poranny napój zadziałał w każdym razie, pomijając lekkie oszołomienie. Zważywszy na ilość użytej gałki, dobrze, że nie miałam wizji.

Chociaż nie, nie do końca:
Eksperyment mi się powiódł i żal było zmarnować tak pięknie różowiutki kawałek papieru. Tylko rozumowi, na którymś zwoju mózgowym osunęła się nóżka i coś temat mi się wymknął spod kontroli :DDDDDD

niedziela, 3 lutego 2019

Niedzielna chandra

Siedzę i pracuję. 

Poszłabym na jakiś spacer, ale pogoda jest taka, że nawet pies ostatnio nie bardzo chce ze mną wychodzić: nijaka. Niechby spadło pół metra śniegu. Albo niechby lało się z ciężkich, ołowianych chmur. A tu nijak. Wiem tylko, że wiosna przyjdzie szybko, bo pod kocykiem z gnijących, ubiegłorocznych liści, pojawiły się już kiełki funkii. 

Ale i tak jest nijak do bólu. Więc siedzę. I pracuję. I plecy mnie bolą. I marudzę.

I zbiera mi się na migrenę. Jakby to było miło jakby się nie zebrało jednak. Pójdę i porozciągam szyję. Zostawię tu tylko kartki ze szkicownika - przynajmniej na nich jest jakiś kolor. 



Wybaczcie jakość - nawet skaner mi się zbuntował i muszę robić zdjęcia.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Stefcia

A właściwie prababcia Stefcia. Stefania.

Była mamą Babci Zosi. 

Bałam się jej. Bardzo. Była niedużą, szczupłą kobietką o ostrym, oceniającym spojrzeniu nieco ptasich oczu. Miała szerokie, żylaste i bardzo mocne dłonie. Mieszkała w Warszawie, w jasnej kawalerce na parterze. Często do niej jeździłyśmy z Babcią Zosią. Zosia strasznie ją kochała. Strasznie. I strasznie starała się zasłużyć na miłość Stefci. A Stefania jej nie zauważała. Zauważała tylko ciocię Romę. 

Stefcia zaczęła tracić słuch. A potem pamięć. Mąż cioci Romy wuj Marian, opiekował się nią jak tylko mógł. Ale Stefcia zaczęła tracić pamięć na dobre. Zapominała gdzie mieszka, więc zdarzało się, że szła na Brudno, na cmentarz i znajdował ją, śpiącą na cmentarnej ławce, nocny stróż, bo nie pamiętała drogi do bramy. A kiedy pewnego razu zniknęła i milicja znalazła ją w połowie drogi, gdzieś między Lublinem a Warszawą, Babcia Zosia zabrała ją do siebie. 

Wtedy już prababcia pamiętała bardzo niewiele. Mówiła o głodzie w Warszawie, w czasie pierwszej wojny, o tym jak ludzie jedli szczury, a potem szeptem, na ucho dopowiadała:
- A mówią, że po drugiej stronie Wisły, to  trupy jedzą, bo szczury już zjedli..... Nie pamiętała obozu koncentracyjnego (była więźniarką Gross-Rosen), ale pamiętała Szwedzki Czerwony Krzyż i pobyt w Szwecji po wyzwoleniu. I wciąż opłakiwała swojego najmłodszego syna Zdzisia, który w czasie wyzwalania obozu, nie chciał zostawić ciężko chorego kolegi i zagazowano go razem z przyjacielem.

Prababcia miała trudny charakter. Trudny i twardy. I nikomu nie odpuszczała. Była mała, ale kiedy się wściekła, to lepiej było nie wchodzić jej w drogę. Kiedyś Zdziś i Jurek (ukochany brat Zosi) poszli bawić się z kolegami na sąsiednie podwórko. Narobili hałasu i (chyba) Jurek dostał od stróża tęgie lanie. Jak prababcia się o tym dowiedziała, to pobiegła, wyrwała stróżowi miotłę i tak mu wlała, że musieli ją od niego odciągać. Skończyło się u felczera i na policji. Stefci się upiekło, bo policja nie chciała uwierzyć, że kobietka o wzroście 150 centymetrów spuściła baty 120-kilowemu facetowi.

Prababcia była też jednocześnie bardzo sprawiedliwa i dobra, ale o tym już kiedyś pisałam i jeśli chcecie, to możecie sobie to przeczytać tutaj.

Pamięć Stefci była coraz słabsza. Zapominała kim jest Zosia i zastając ją w kuchni, ostrym tonem pytała: kim pani jest i co pani tu robi? A pewnego dnia rozbiła Zosi głowę kuchennym, małym toporkiem.

Dziadkowie dbali, żeby Stefcia była dużo na dworze. Zabierali ją na działkę i tam, jak udzielna królowa, siedziała sobie na leżaku i drażniła laską psa. Bardzo ją bawiło, że pies się wścieka, ale biedak w końcu przyzwyczaił się do złośliwej starszej pani i przestał zwracać uwagę na jej wyczyny. Do czasu. 

Stefcia siedziała na leżaczku. Przez całe życie była ruchliwa i energiczna. Wkurzanie psa przestało być ekscytującym zajęciem więc postanowiła ruszyć w drogę. Dziadek zawołał Babcię na drugi koniec ogrodu i Stefcia została sama. Opuściła swój wygodny tron, poszła do psa, ale nie udało się jej go zmusić do szczekania. Wymyśliła coś nowego. 

Pies zaczął ujadać.
- Zosiu, czy mamusia na leżaku? - zapytał Dziadek. Zosia potwierdziła, że nawet przysypia, ale też zaczęła nasłuchiwać, bo Aza nigdy nie szczekała tak histerycznie. Oboje rzucili co mieli w rękach i pędem pobiegli do Stefci. Aza rozpaczliwie ujadała dalej, a Stefci na leżaku nie było. Była na ..... płocie! Znudzona postanowiła się przejść, a ponieważ furtka była zamknięta stwierdziła, że pokona samodzielnie siatkę ogrodzenia. Nie pokonała. Powiesiła się na ostrym wystającym drucie, na nodze, rozdzierając łydkę. 

W szpitalu założono Stefanii 40 szwów. I zostawiono ją na obserwacji. Babcia biegała do niej trzy razy dziennie z gotowanymi w domu posiłkami, bo szpitalnych prababcia nie brała do ust. W końcu zdjęto jej szwy i Stefcia wróciła do domu. Zaczęły się wakacje.

- Mamusiu, co ty się tak drapiesz? - Stefania siedziała sobie spokojnie w fotelu i skrobała się po głowie, raz po raz strzelając palcami jakby wyrzucała drobne paprochy. 
- A, swędzi mnie! Łażą po mnie jakieś takie i mnie swędzi! - Babcia zbladła. Rzuciła się do matki i zaczęła jej przeglądać włosy. Stefcia przyniosła ze szpitala WSZY! 

- Kasiu, trzymaj babce ręce, niech się nie drapie i nie rozrzuca, bo nas wszystkich pozaraża!!!! - Babcia w popłochu nie mogła rozwiązać fartucha i Marta, moja młodsza siostra jej pomagała - Lecę do apteki po naftę!!!!! Odbyło się rodzinne odwszawianie i wszyscy śmierdzieliśmy naftą, bo Babcia Zosia nikomu nie odpuściła. A Stefci trzeba było obciąć włosy.

Cięłam ja. Prababka miała wspaniałe włosy. Grube, falujące i mocne. Tak gęste, że kiedy je skróciłam, to uniosły się gołębio siwą chmurą wokół stefcinej głowy.
- Dlaczego mnie strzyżesz? - zapytała z pretensją.
- Bo masz wszy babciu.
- Ja????? Ja mam wszy????? Ja nie chcę ich znowu karmić!!!!!!! Od nich jest tyfus!!!!!!
Uspokoiłyśmy ją. Ostrzygłam do końca. Miała teraz ładną krótką fryzurkę japońskiej lalki, którą Babcia Zosia nazywała "poleczką". Zanim skończyłam, Stefcia zapomniała o wszach, a kiedy spojrzała w lustro, popłakała się z uciechy i usiłowała całować mnie po rękach:
- Mamusiu! Dziękuję! Jak dobrze teraz wyglądam! Już nie będzie mi tak gorąco!

Babcia Zosia bardzo dbała o matkę. Codziennie wyciskała dla niej soki, karmiła ją, leżącą na kanapie pod olbrzymią palmą, jak niemowlę. Pielęgnowała ją troskliwie, ale Stefcia zaczęła gasnąć.

- Elżuniu, mamusia umiera - spokojny głos biegł po kablu z Lublina do Poznania.
- Mamo, może nie! Może trzeba lekarza zawołać? - moja Mama nie poddawała się.
- Nie, Elżuniu, umiera. Jak robiłam makaron, to przyszli po nią Tatuś, Jureczek i Zdziś. Czułam ich. Przeszli obok.

Mamie włosy się zjeżyły, ale nie dyskutowała: Babcia, nie wiadomo skąd, zawsze wiedziała kiedy ktoś umrze, albo kiedy stanie się coś niedobrego. I tak było też tym razem: prababcia Stefania umarła krótko po telefonie. Dziadzio Władek i jej synowie Jureczek i Zdziś zabrali ją ze sobą. 

Pogrzeb odbył się w Warszawie, bo tam byli pochowani jej dwaj mężowie. Znowu były wakacje. Prosto z pogrzebu pojechałam z Babcią i Dziadkiem do Lublina.

Wieczorem wyświetlali w telewizji horror z Sissy Spacek: "Carrie". Och! Jak strasznie chciałam go obejrzeć! Telewizor, jak zawsze, stał w sypialni Dziadków. Nie mieli nic przeciwko temu, żebym sobie obejrzała jakiś film i spokojnie usnęli. 

Sypialnia była od Szambelanki - ciemnej, bez żadnego oświetlenia i bardzo wąskiej. Kiedy zgasiło się światło, to w pokoju zapadała absolutna ciemność.

Obejrzałam film. Wstałam sobie z fotela i bezmyślnie pstryknęłam wyłącznikiem telewizora. I..... zapadła absolutna, czarna i bezdźwięczna czerń. Lekko struchlałam. Na palcach, żeby nie narobić hałasu i nie obudzić śpiących Dziadków, podeszłam do zamkniętych drzwi pokoju i......

.....i stanęłam przed nimi jak wryta. Zza drzwi, z ciemnego, jeszcze ciemniejszego niż sypialnia, korytarza usłyszałam .... kroki. Nie byłam w stanie nic zrobić. Stałam i w panicznym strachu myślałam, że to nie kroki, że to stara podłoga odpoczywa po całym dniu i to tylko deski tak trzeszczą i strzelają.
- Prababciu, proszę......- szeptałam gorączkowo, wyciągając rękę do klamki, która...... opadła nagle z cichym chrzęstem!


- Aaaaaaaaaaaaaaaaa! - z wrzaskiem wykonałam dziki skok, lądując w łożu, między Babcią a Dziadkiem! Babcia przebudziła się.
- Co, chodzi? - mruknęła sennie. Potwierdziłam zduszonym głosem spod kołdry, a ona wstała spokojnie, podeszła do drzwi, włączyła światło i wróciła do łóżka po mnie.
- Chodź - wzięła mnie za rękę i wyszłyśmy na korytarz. Zaprowadziła mnie do pokoju obok, położyła i troskliwie owinęła kołdrą.
- No wiesz, mamo? Powinnaś się wstydzić! Tak dziecko wystraszyć! - zwróciła się do miejsca pod palmą. - Już się nie bój Kasiu. Babcia już nie będzie cię straszyć. Chyba zgubiła drogę, ale jutro już jej tu nie będzie. 

I rzeczywiście. Następnej nocy prababcia  Stefcia odeszła. Władzio, Jurek i Zdzisio zabrali ją ze sobą.

niedziela, 30 grudnia 2018

I znowu życzenia

Święta mieliśmy mało zabawne. Bywa.

Jaki będzie Sylwester nie wiem i nie chcę planować ani oczekiwać. Po co? Postaram się żeby był fajny jak już będzie :) A Wam życzę banalnie, ale szczerze i z samej głębi serca: szampańskiej zabawy, cudownego Nowego Roku i każdego kolejnego dnia. I nie życzę Wam braku zmartwień, ale za to życzę żebyście mogli poczuć jak pięknie smakuje życie. 

Do Siego Roku!!!




niedziela, 23 grudnia 2018

Życzenia


Kapusta z grzybami zrobiona. I uszka. I oranżada z buraków pyka cichutko bąbelkami (jutro zostanie barszczem). Jabłka do szarlotki pachną korzeniami, a wędzony jesiotr udaje latającą rybę (wisi w chłodzie, pod dachem werandy, żeby go koty nie napoczęły). Już mogą być Święta.

Zastanawiałam się czego życzyć Wam Wszystkim, którzy tu czasem do mnie zaglądacie? I pożyczę Wam tego co sama uważam za najlepsze co mam: przyjaciół, którzy mają czas porozmawiać, przyjechać i przytulić kiedy Wam źle. Żywych ludzi: z krwi i kości, którzy potrafią pocieszyć kiedy trzeba i popchnąć do przodu, kiedy paraliżuje strach. Rozmów o wszystkim i o niczym przy kawie, herbacie albo przy wódce. Dystansu do siebie samych i bliskości z innymi ludźmi. 

I już nie będę się rozpisywać, bo szarlotka czeka żeby ją włożyć do piekarnika.

Dobrych Świąt Wam życzę.




wtorek, 20 listopada 2018

Z motyką na Słońce.....

... się rzuciłam.

Wlazłam po drabinie i odłupywałam tycie kawałki. Wzięłam ze sobą małe wiaderko i cały urobek ostrożnie wrzucałam do środka - 5500 stopni to nie w kij dmuchał!

Jak złaziłam na ziemię, to słoneczna materia trochę przestygła. Kiedy mijałam chmury zasyczało, a z wiaderka uniosły się kłęby mgły. Na szczęście nikt nie zauważył, bo w końcu jest listopad. Parujące kawałeczki zmieniły kolor z rozpalonej, olśniewającej bieli na ciepłą żółć - mogłam ją wykorzystać do własnych celów. Przechyliłam wiaderko nad kartką i słońce rozlało się ciepłą plamą. Teraz mogłam już ogrzać zmarznięte w listopadowej mgle ptaki :))))))


A tak poważnie: Biblioteka Raczyńskich w swoich filiach zorganizowała cykle warsztatów. Jeden z nich poprowadziłam ja, z "Drzewem" w roli głównej inspiracji. I sama pozazdrościłam dzieciakom, że mogły się ubabrać farbą po białka oczu. W dodatku dałam im duże arkusze papieru i mogły poszaleć. 


Kilka dni temu postanowiłam pociąć na mniejsze kawałki papier do akwareli: miękki, bielusieńki, gładki. Z bawełną. Ale tak go trzymałam w rękach i zrobiło mi się żal. Więc na dużym arkuszu nasmarowałam swoje drzewo :D

poniedziałek, 5 listopada 2018

Ekspansja

Już nie podbijam Chin. Teraz prowadzę prawdziwą ekspansję :D Zalewam Chiny płazami i robalami :DDDD

Najwyraźniej dzieci na całym świecie lubią taplać się w błocie i pełzać z nosem przy ziemi :D

Dobry Opiekunie Wszystkich Małych Stworzonek, proszę: spraw żebym mogła kiedyś tam pojechać i zobaczyć chińskie żaby i mrówki :D Byłoby cudownie!

poniedziałek, 29 października 2018

No lubię...

Na spacer sobie pójść.

Z psem.

Bo nikt inny nie chce ze mną spacerować.

Łazimy sobie. On węszy, grzebie, szuka i wypatruje. Od czasu do czasu ogląda się na mnie z pyskiem mokrym od deszczu, jakby sprawdzał: No, jesteś tam? Nie zgub mi się. I drepczemy dalej. 

Zbieram rozmaite śmieci: patyki, szyszki, kawałki kory, jakieś kostropate owoce i liście - całe naręcza liści. Chyba nie wyrosłam z kaloszy, jesiennych, przedszkolnych spacerów po parku i odkrywania, że zawsze jest coś nowego do odkrycia.

Potem zmoknięci i zmarznięci wracamy do domu. Pies włazi na kanapę i wzdycha, a ja siedzę sobie przy stole. Grzeję zimną twarz dłońmi i piję gorącą herbatę. 

I wtedy najbardziej lubię się nudzić. Przeglądam kieszenie (do których czasem boję się włożyć rękę) i ostatnio czytane książki. Zawsze można w nich znaleźć rzeczy już raz znalezione. I okazuje się, że śmieci mogą być przyjemnie użyteczne :)

poniedziałek, 22 października 2018

Kawa

Jest jeszcze ciemno. Gotuję kawę. Gorącą, ostrą.

Potem biorę nasze dwa olbrzymie kubki w ręce i schodzę na dół. Do sypialni. Zanim do niej docieram, staję jeszcze na moment przy drzwiach i przez malutkie okienko patrzę, jak w stosach brązowo-złotych liści dzieje się życie: niezliczone małe ptaszki  biegają z szelestem, grzebią, skrobią, przewaracają i przeszukują skarbiec. Pod szumiącym dywanem znajdują owady, robaki, kawałki orzechów.

Potem otwieram drzwi. Szszszszsssss....., szufff......., prrrrrrffffffff........ Małe ptaszki zrywają się i odlatują na drzewa, dach, w załomki murów starej szopy. Pijemy w ciszy i bezruchu gorącą kawę, parzymy usta, a ptaszki wracają. I znowu: biegają z szelestem, grzebią, skrobią, przewaracają i przeszukują skarbiec. 

I żal wstać kiedy kończy się kawa.


piątek, 12 października 2018

Podbijam Chiny

Odkąd pamiętam chciałam zobaczyć Chiny. 
Ale nie z wycieczką. Nie. Chciałabym tak jak lubię: "per pedes apostolorum" -  na piechotę. No, prawie na piechotę - chyba jednak już nie dałabym rady na własnych kończynach przemierzyć Chin w tę i wew tę. 

Chciałabym zobaczyć góry i lasy, i rzeki, i jeziora, i zwierzęta, i rośliny i co tylko się da. I strasznie, przestrasznie chciałabym zobaczyć jak pracują rzemieślnicy w Jingdezhen. Ale mogę sobie popatrzeć najwyżej na filmy na YT. I patrzę. I marzę. O dzikich kułanach, jakach na śniegu, hulokach bimbających na gałęziach. 

Póki co słucham narzekań, że Chiny nas zalewają. I się nie dziwię, że nas zalewają, bo sami się o to prosimy, ale to całkiem inna historia. Póki co sama zalewam Chiny - "Drzewem" :D

Voila!

Aż pożałowałam, że napisy nie są zawiniętych wiórów stolarskich :D Fajnie popatrzeć jak wygląda własne nazwisko w zupełnie innym języku :D



A to dodatek, który mnie szczerze rozczulił: listek z nasionkami - można sobie włozyć do doniczki, albo do ziemi w ogrodzie i (chyba) kalendarz do monitorowania wzrostu roślinek :D Cudowne!!!! Strasznie mi się podoba!!!!

P.S.: Hahahahaha! To nie moje nazwisko! Tłumacz Google mówi: Ekologia naturalna mała encyklopedia :D

wtorek, 9 października 2018

Idzie, idzie pani Jesień...

... różne dary w koszu niesie.

Wiewiórkom w naszym ogrodzie przyniosła orzechy i jabłka. Nie pamiętam kiedy tyle ich było? Ale plon dyniowy zasmucił Dziadka Kazika: jego ulubione warzywo urodziło tylko jeden owoc. Za to PRZEOGROMNY!

Spacer z psem Faflem codziennie kończy się podobnie: wypakowuję z kieszeni balast z żołędzi (jest rok nasienny) i dzikich, kwaśnych jabłuszek - niejadalnych, ale ślicznych, złocistych i pachnących jak żadne inne. Potem wyciągam z włosów topolowe, dębowe, osikowe i bukowe liście.

Dziki zaczęły już przekopywanie trawników, chociaż w tym roku mają w bród jedzenia darowanego przez drzewa. Ciekawe czy i buki dadzą im jeść? Może uda mi się pojechać na spacer w jakąś buczynę i sprawdzić?

Ciekawe jak długo jeszcze szpaki będą urządzać wiece na wszystkich drzewach? O czym rozprawiają? 

Ciekawe czy w tym roku spadnie śnieg? Mnóstwo, mnóstwo bielusieńkiego, czystego śniegu. Tak białego, że aż zabolą oczy! Byłoby fajnie.......

Ciekawe jak szybko przyjdzie w tym roku zima? A może jeszcze nie w tym? Może przykryje świat białym całunem dopiero po Nowym Roku?

Nie jestem taka zasobna jak jesień, ale też mogę coś dać. Tapety (ilustrację namalowałam dla "Świerszyka", do opowiadania Magdy Kiełbowicz) . Jak chcecie, to poniżej możecie je sobie ściągnąć - są podpisane rozdzielczościami ekranowymi.

Miłej jesieni :)

P.S.: A jeśli chcecie inne tapety, to TUTAJ i TUTAJ kiedyś umieściłam :D


2560x1440

1920x1080


1600x900



1280x720

800x600


poniedziałek, 14 maja 2018

Goście, goście

Leże w łóżku i "churchlam". Nagle słyszę natarczywe walenie do drzwi. "Kto tam?" - wyrzęziłam. I wtedy przemówiły do mnie: pszczoły i mrówki po rosyjsku, a żaby po włosku :D


A całkiem niedawno odwiedziły mnie blaszkodziobe ;b