wtorek, 11 czerwca 2019

Upał

Noce takie są upalne
I słowiki spać nie dają.......

... śpiewała Babcia Zosia siekając natkę pietruszki do rosołu. Pachniał rosół, pachniała pietruszka....Tak mi się przypomniało. Wieczór był wyjątkowo gorący. Wypełzłam z chłodnej pracowni, jak coś co żyje w wilgotnych miejscach, pod kamieniami. Upał uderzył jak obuchem - aż zabrakło mi powietrza. Pachniała budleja, zmęczona całym dniem, pachniały róże. Pachniał słodko wiciokrzew okupowany przez głodne ćmy. Gdzieś, niedaleko, słowik wyśpiewywał w krzakach miłość do ukochanej. Jeszcze trochę, a znowu zaczniemy ciągnąć losy o miejsce do spania na łożku przed domem. A wtedy wystarczy tylko wyłączyć wszystkie światła i szeroko otworzyć oczy.


Wracam do pracy. A wieczorem znowu popatrzę w niebo. Czego i Wam życzę.





P.S.: Się rysuje nowa książka :)

środa, 6 lutego 2019

Oderwanie

Niby jest tak, że ciało powinno być spójne z rozumem. 

Niestety, ostatnio osiągnęłam poziom abstrakcji, w którym ciało oderwało się od rozumu i w sposób całkowicie bezmyślny nasypało do kawy gałki muszkatołowej (zamiast imbiru). Hmmmmmmmmmmmm, kawa smakowała osobliwie, choć przy pewnej dozie dobrej woli mogłabym ją nawet polubić: w końcu korzenna - tak czy inaczej. Zwłaszcza, że rozum, spróbowawszy kawy, wrócił na swoje miejsce. Rytualny, poranny napój zadziałał w każdym razie, pomijając lekkie oszołomienie. Zważywszy na ilość użytej gałki, dobrze, że nie miałam wizji.

Chociaż nie, nie do końca:
Eksperyment mi się powiódł i żal było zmarnować tak pięknie różowiutki kawałek papieru. Tylko rozumowi, na którymś zwoju mózgowym osunęła się nóżka i coś temat mi się wymknął spod kontroli :DDDDDD

niedziela, 3 lutego 2019

Niedzielna chandra

Siedzę i pracuję. 

Poszłabym na jakiś spacer, ale pogoda jest taka, że nawet pies ostatnio nie bardzo chce ze mną wychodzić: nijaka. Niechby spadło pół metra śniegu. Albo niechby lało się z ciężkich, ołowianych chmur. A tu nijak. Wiem tylko, że wiosna przyjdzie szybko, bo pod kocykiem z gnijących, ubiegłorocznych liści, pojawiły się już kiełki funkii. 

Ale i tak jest nijak do bólu. Więc siedzę. I pracuję. I plecy mnie bolą. I marudzę.

I zbiera mi się na migrenę. Jakby to było miło jakby się nie zebrało jednak. Pójdę i porozciągam szyję. Zostawię tu tylko kartki ze szkicownika - przynajmniej na nich jest jakiś kolor. 



Wybaczcie jakość - nawet skaner mi się zbuntował i muszę robić zdjęcia.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Stefcia

A właściwie prababcia Stefcia. Stefania.

Była mamą Babci Zosi. 

Bałam się jej. Bardzo. Była niedużą, szczupłą kobietką o ostrym, oceniającym spojrzeniu nieco ptasich oczu. Miała szerokie, żylaste i bardzo mocne dłonie. Mieszkała w Warszawie, w jasnej kawalerce na parterze. Często do niej jeździłyśmy z Babcią Zosią. Zosia strasznie ją kochała. Strasznie. I strasznie starała się zasłużyć na miłość Stefci. A Stefania jej nie zauważała. Zauważała tylko ciocię Romę. 

Stefcia zaczęła tracić słuch. A potem pamięć. Mąż cioci Romy wuj Marian, opiekował się nią jak tylko mógł. Ale Stefcia zaczęła tracić pamięć na dobre. Zapominała gdzie mieszka, więc zdarzało się, że szła na Brudno, na cmentarz i znajdował ją, śpiącą na cmentarnej ławce, nocny stróż, bo nie pamiętała drogi do bramy. A kiedy pewnego razu zniknęła i milicja znalazła ją w połowie drogi, gdzieś między Lublinem a Warszawą, Babcia Zosia zabrała ją do siebie. 

Wtedy już prababcia pamiętała bardzo niewiele. Mówiła o głodzie w Warszawie, w czasie pierwszej wojny, o tym jak ludzie jedli szczury, a potem szeptem, na ucho dopowiadała:
- A mówią, że po drugiej stronie Wisły, to  trupy jedzą, bo szczury już zjedli..... Nie pamiętała obozu koncentracyjnego (była więźniarką Gross-Rosen), ale pamiętała Szwedzki Czerwony Krzyż i pobyt w Szwecji po wyzwoleniu. I wciąż opłakiwała swojego najmłodszego syna Zdzisia, który w czasie wyzwalania obozu, nie chciał zostawić ciężko chorego kolegi i zagazowano go razem z przyjacielem.

Prababcia miała trudny charakter. Trudny i twardy. I nikomu nie odpuszczała. Była mała, ale kiedy się wściekła, to lepiej było nie wchodzić jej w drogę. Kiedyś Zdziś i Jurek (ukochany brat Zosi) poszli bawić się z kolegami na sąsiednie podwórko. Narobili hałasu i (chyba) Jurek dostał od stróża tęgie lanie. Jak prababcia się o tym dowiedziała, to pobiegła, wyrwała stróżowi miotłę i tak mu wlała, że musieli ją od niego odciągać. Skończyło się u felczera i na policji. Stefci się upiekło, bo policja nie chciała uwierzyć, że kobietka o wzroście 150 centymetrów spuściła baty 120-kilowemu facetowi.

Prababcia była też jednocześnie bardzo sprawiedliwa i dobra, ale o tym już kiedyś pisałam i jeśli chcecie, to możecie sobie to przeczytać tutaj.

Pamięć Stefci była coraz słabsza. Zapominała kim jest Zosia i zastając ją w kuchni, ostrym tonem pytała: kim pani jest i co pani tu robi? A pewnego dnia rozbiła Zosi głowę kuchennym, małym toporkiem.

Dziadkowie dbali, żeby Stefcia była dużo na dworze. Zabierali ją na działkę i tam, jak udzielna królowa, siedziała sobie na leżaku i drażniła laską psa. Bardzo ją bawiło, że pies się wścieka, ale biedak w końcu przyzwyczaił się do złośliwej starszej pani i przestał zwracać uwagę na jej wyczyny. Do czasu. 

Stefcia siedziała na leżaczku. Przez całe życie była ruchliwa i energiczna. Wkurzanie psa przestało być ekscytującym zajęciem więc postanowiła ruszyć w drogę. Dziadek zawołał Babcię na drugi koniec ogrodu i Stefcia została sama. Opuściła swój wygodny tron, poszła do psa, ale nie udało się jej go zmusić do szczekania. Wymyśliła coś nowego. 

Pies zaczął ujadać.
- Zosiu, czy mamusia na leżaku? - zapytał Dziadek. Zosia potwierdziła, że nawet przysypia, ale też zaczęła nasłuchiwać, bo Aza nigdy nie szczekała tak histerycznie. Oboje rzucili co mieli w rękach i pędem pobiegli do Stefci. Aza rozpaczliwie ujadała dalej, a Stefci na leżaku nie było. Była na ..... płocie! Znudzona postanowiła się przejść, a ponieważ furtka była zamknięta stwierdziła, że pokona samodzielnie siatkę ogrodzenia. Nie pokonała. Powiesiła się na ostrym wystającym drucie, na nodze, rozdzierając łydkę. 

W szpitalu założono Stefanii 40 szwów. I zostawiono ją na obserwacji. Babcia biegała do niej trzy razy dziennie z gotowanymi w domu posiłkami, bo szpitalnych prababcia nie brała do ust. W końcu zdjęto jej szwy i Stefcia wróciła do domu. Zaczęły się wakacje.

- Mamusiu, co ty się tak drapiesz? - Stefania siedziała sobie spokojnie w fotelu i skrobała się po głowie, raz po raz strzelając palcami jakby wyrzucała drobne paprochy. 
- A, swędzi mnie! Łażą po mnie jakieś takie i mnie swędzi! - Babcia zbladła. Rzuciła się do matki i zaczęła jej przeglądać włosy. Stefcia przyniosła ze szpitala WSZY! 

- Kasiu, trzymaj babce ręce, niech się nie drapie i nie rozrzuca, bo nas wszystkich pozaraża!!!! - Babcia w popłochu nie mogła rozwiązać fartucha i Marta, moja młodsza siostra jej pomagała - Lecę do apteki po naftę!!!!! Odbyło się rodzinne odwszawianie i wszyscy śmierdzieliśmy naftą, bo Babcia Zosia nikomu nie odpuściła. A Stefci trzeba było obciąć włosy.

Cięłam ja. Prababka miała wspaniałe włosy. Grube, falujące i mocne. Tak gęste, że kiedy je skróciłam, to uniosły się gołębio siwą chmurą wokół stefcinej głowy.
- Dlaczego mnie strzyżesz? - zapytała z pretensją.
- Bo masz wszy babciu.
- Ja????? Ja mam wszy????? Ja nie chcę ich znowu karmić!!!!!!! Od nich jest tyfus!!!!!!
Uspokoiłyśmy ją. Ostrzygłam do końca. Miała teraz ładną krótką fryzurkę japońskiej lalki, którą Babcia Zosia nazywała "poleczką". Zanim skończyłam, Stefcia zapomniała o wszach, a kiedy spojrzała w lustro, popłakała się z uciechy i usiłowała całować mnie po rękach:
- Mamusiu! Dziękuję! Jak dobrze teraz wyglądam! Już nie będzie mi tak gorąco!

Babcia Zosia bardzo dbała o matkę. Codziennie wyciskała dla niej soki, karmiła ją, leżącą na kanapie pod olbrzymią palmą, jak niemowlę. Pielęgnowała ją troskliwie, ale Stefcia zaczęła gasnąć.

- Elżuniu, mamusia umiera - spokojny głos biegł po kablu z Lublina do Poznania.
- Mamo, może nie! Może trzeba lekarza zawołać? - moja Mama nie poddawała się.
- Nie, Elżuniu, umiera. Jak robiłam makaron, to przyszli po nią Tatuś, Jureczek i Zdziś. Czułam ich. Przeszli obok.

Mamie włosy się zjeżyły, ale nie dyskutowała: Babcia, nie wiadomo skąd, zawsze wiedziała kiedy ktoś umrze, albo kiedy stanie się coś niedobrego. I tak było też tym razem: prababcia Stefania umarła krótko po telefonie. Dziadzio Władek i jej synowie Jureczek i Zdziś zabrali ją ze sobą. 

Pogrzeb odbył się w Warszawie, bo tam byli pochowani jej dwaj mężowie. Znowu były wakacje. Prosto z pogrzebu pojechałam z Babcią i Dziadkiem do Lublina.

Wieczorem wyświetlali w telewizji horror z Sissy Spacek: "Carrie". Och! Jak strasznie chciałam go obejrzeć! Telewizor, jak zawsze, stał w sypialni Dziadków. Nie mieli nic przeciwko temu, żebym sobie obejrzała jakiś film i spokojnie usnęli. 

Sypialnia była od Szambelanki - ciemnej, bez żadnego oświetlenia i bardzo wąskiej. Kiedy zgasiło się światło, to w pokoju zapadała absolutna ciemność.

Obejrzałam film. Wstałam sobie z fotela i bezmyślnie pstryknęłam wyłącznikiem telewizora. I..... zapadła absolutna, czarna i bezdźwięczna czerń. Lekko struchlałam. Na palcach, żeby nie narobić hałasu i nie obudzić śpiących Dziadków, podeszłam do zamkniętych drzwi pokoju i......

.....i stanęłam przed nimi jak wryta. Zza drzwi, z ciemnego, jeszcze ciemniejszego niż sypialnia, korytarza usłyszałam .... kroki. Nie byłam w stanie nic zrobić. Stałam i w panicznym strachu myślałam, że to nie kroki, że to stara podłoga odpoczywa po całym dniu i to tylko deski tak trzeszczą i strzelają.
- Prababciu, proszę......- szeptałam gorączkowo, wyciągając rękę do klamki, która...... opadła nagle z cichym chrzęstem!


- Aaaaaaaaaaaaaaaaa! - z wrzaskiem wykonałam dziki skok, lądując w łożu, między Babcią a Dziadkiem! Babcia przebudziła się.
- Co, chodzi? - mruknęła sennie. Potwierdziłam zduszonym głosem spod kołdry, a ona wstała spokojnie, podeszła do drzwi, włączyła światło i wróciła do łóżka po mnie.
- Chodź - wzięła mnie za rękę i wyszłyśmy na korytarz. Zaprowadziła mnie do pokoju obok, położyła i troskliwie owinęła kołdrą.
- No wiesz, mamo? Powinnaś się wstydzić! Tak dziecko wystraszyć! - zwróciła się do miejsca pod palmą. - Już się nie bój Kasiu. Babcia już nie będzie cię straszyć. Chyba zgubiła drogę, ale jutro już jej tu nie będzie. 

I rzeczywiście. Następnej nocy prababcia  Stefcia odeszła. Władzio, Jurek i Zdzisio zabrali ją ze sobą.

niedziela, 30 grudnia 2018

I znowu życzenia

Święta mieliśmy mało zabawne. Bywa.

Jaki będzie Sylwester nie wiem i nie chcę planować ani oczekiwać. Po co? Postaram się żeby był fajny jak już będzie :) A Wam życzę banalnie, ale szczerze i z samej głębi serca: szampańskiej zabawy, cudownego Nowego Roku i każdego kolejnego dnia. I nie życzę Wam braku zmartwień, ale za to życzę żebyście mogli poczuć jak pięknie smakuje życie. 

Do Siego Roku!!!




niedziela, 23 grudnia 2018

Życzenia


Kapusta z grzybami zrobiona. I uszka. I oranżada z buraków pyka cichutko bąbelkami (jutro zostanie barszczem). Jabłka do szarlotki pachną korzeniami, a wędzony jesiotr udaje latającą rybę (wisi w chłodzie, pod dachem werandy, żeby go koty nie napoczęły). Już mogą być Święta.

Zastanawiałam się czego życzyć Wam Wszystkim, którzy tu czasem do mnie zaglądacie? I pożyczę Wam tego co sama uważam za najlepsze co mam: przyjaciół, którzy mają czas porozmawiać, przyjechać i przytulić kiedy Wam źle. Żywych ludzi: z krwi i kości, którzy potrafią pocieszyć kiedy trzeba i popchnąć do przodu, kiedy paraliżuje strach. Rozmów o wszystkim i o niczym przy kawie, herbacie albo przy wódce. Dystansu do siebie samych i bliskości z innymi ludźmi. 

I już nie będę się rozpisywać, bo szarlotka czeka żeby ją włożyć do piekarnika.

Dobrych Świąt Wam życzę.




wtorek, 20 listopada 2018

Z motyką na Słońce.....

... się rzuciłam.

Wlazłam po drabinie i odłupywałam tycie kawałki. Wzięłam ze sobą małe wiaderko i cały urobek ostrożnie wrzucałam do środka - 5500 stopni to nie w kij dmuchał!

Jak złaziłam na ziemię, to słoneczna materia trochę przestygła. Kiedy mijałam chmury zasyczało, a z wiaderka uniosły się kłęby mgły. Na szczęście nikt nie zauważył, bo w końcu jest listopad. Parujące kawałeczki zmieniły kolor z rozpalonej, olśniewającej bieli na ciepłą żółć - mogłam ją wykorzystać do własnych celów. Przechyliłam wiaderko nad kartką i słońce rozlało się ciepłą plamą. Teraz mogłam już ogrzać zmarznięte w listopadowej mgle ptaki :))))))


A tak poważnie: Biblioteka Raczyńskich w swoich filiach zorganizowała cykle warsztatów. Jeden z nich poprowadziłam ja, z "Drzewem" w roli głównej inspiracji. I sama pozazdrościłam dzieciakom, że mogły się ubabrać farbą po białka oczu. W dodatku dałam im duże arkusze papieru i mogły poszaleć. 


Kilka dni temu postanowiłam pociąć na mniejsze kawałki papier do akwareli: miękki, bielusieńki, gładki. Z bawełną. Ale tak go trzymałam w rękach i zrobiło mi się żal. Więc na dużym arkuszu nasmarowałam swoje drzewo :D