Były też usiłowania zrobienia przyzwoitych zdjęć, długie spacery i obiady u „Koniuszego”. Były bezmgielne, nieprzespane poranki. Był też pożar.
Prawdziwy pożarowy pożar.
Płonął stóg. Był potężny: ze 100 m długi i ze 3-4 szeroki. I się palił. Dojechaliśmy do niego, Mężczyzna wyciągnął telefon i zadzwonił po straż pożarną, a ja w tym momencie wywlokłam z samochodu swój aparat i, nie zmieniając obiektywu, obłąkańczo latałam wokół płomieni i naciskałam spust. Otrzeźwił mnie dopiero spokojny komentarz Mężczyzny, że mam sobie opcje przestawić, bo nic mi z tego pstrykania nie wyjdzie. Oczywiście, jak zwykle, miał rację.



Spoceni, doczekaliśmy wozu strażackiego, który przyjechał z Nowej Rudy. Panowie wyskoczyli, rozłożyli co trzeba, zalali, rozgarnęli żar i .......... zawołali drugi wóz, bo nie starczyło im wody. Byłam pełna podziwu i przeniosłam zainteresowanie na Mężczyzn w Mundurach ;D





Dalej szalałam z aparatem, a Panowie Strażacy radzili sobie z ogniem. Mężczyzna nie szalał - Mężczyzna robił zdjęcia i, zaglądając sobie w wizjer aparatu, syczał z zachwytu nad tym co wykonał.
Pozostaje mi przeprosić tylko Strażaków za kiepskie zdjecia i podziękować za ciężką pracę.
Dziekuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz