środa, 18 listopada 2009

Lost and found :DDDDD

Czyli bagaż został odnaleziony :DDDDDDDD

Dziś przyleciał z Kolonii.

Sława, w upojeniu, biegła jak mały czołg przez halę przylotów i promieniała szczęściem :DDDD W stacji wybebeszyła plecak i przytuliła chyba każdą wyjętą z niego rzecz :DDDDDD Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie szczęścia osoby pozbawionej przez pięć dni bagażu po jego odnalezieniu :DDD Jesteśmy więc w komplecie i możemy zacząć żyć :DDDD

Wczoraj po południu pojechałyśmy sobie do Muzeum Ceramiki. Nawet napisałam co obejrzałyśmy, ale komputer mi zeżarł i juz nie pamietam co powypisywałam. A szkoda, bo obejrzałam dużo fajnych i ciekawych niezmiernie rzeczy. Tu zreszta trudno sie nudzić - wszystko jest ciekawe: ludzie, ulice, jedzenie, wszędobylskie koty grzebiące w śmieciach na każdym rogu ulicy. Pratchett opisując Ankh - Morpork myślał o Kairze.

Dziś wieczorem poszliśmy na spacer. Na ulicach pracowali jeszcze rzemieślnicy: tapicerowie, stolarze, piekarze. Uśmiechnięty, piękny staruszek z wielkim żelazkiem (to pan prasujący usługowo na ulicy powierzone ubrania) pozował do zdjecia ze Sławką i Elizą. Trochę dalej, w małej palarni, kupiłam wielka pakę pachnącej kawy, zmielonej już razem z kardamonem. Po powrocie będę sobie gotować poranną kawkę i wspominać kairskie wieczory.
Jutro wyjeżdżamy w końcu do Aleksandrii. Nie zobaczyłam masy rzeczy, które tak bardzo chciałam obejrzeć, ale i tak dużo dużo więcej niż sie spodziewałam, bo Sławka jest niestrudzona w łażeniu, opowiadaniu i planowaniu kolejnych i kolejnych atrakcji. Mam cichutką nadzieję, że w przyszły piątek, w drodze na lotnisko zobaczymy jeszcze Miasto Śmieciarzy - Muqattam - i monumentalne rzeźby Mariusza Dybicha, którego tu w stacji spotkałyśmy, w koptyjskim kościele. A może uda nam się dotrzeć do Miasta Umarłych? Albo może uda nam się.......?
E tam - Kair na razie stoi. Może kiedyś jeszcze tu wrócę? Bardzo bym chciała.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Kasia na Czarnym Lądzie :DDD

I ciągle jeszcze w Kairze.

Czekając na bagaż Sławki, odwiedziłyśmy dziś z Wojtkiem - bardzo sympatycznym, młodym geofizykiem, dzielnicę koptyjską.

Złaziliśmy Muzeum Koptyjskie i stąd żadnych zdjęć nie będzie: przy wejściu zabrano nam sprzęt i musicie mi uwierzyć na słowo, że trzeba to zobaczyć na własne oczy. Piękna ceramika, jeszcze piękniejsze tkaniny, wszystko w imponujących wnętrzach.

Sama dzielnica bardzo zaniedbana, przepotwornie zrujnowana, ale bardzo niezwykła. Biegałam jak obłąkana od drzwi do drzwi i usiłowałam zrobić jakieś sensowane zdjęcia, ale nie wiem co wyjdzie, bo uliczki są bardzo wąziutkie i nie zawsze obiektyw obejmował całość kadru, który chciałam zrobić.

Poszliśmy na cmentarz koptyjski. Jeśli ktoś spodziewa się rzędów nagrobków, to grubo się myli. Koptowie (Egipcjanie chyba zresztą też) pragną aby ich atentaci spoczywali sobie w warunkach przypominających domowe więc całość prezentuje dość niezwykły melanż miejskiego wysypiska śmieci i podmiejskiego osiedla domków jednorodzinnych. Między tym wszystkim błąkają sie bezdomne kundle, a króluje tu fragment twierdzy Babilon z drugiego wieku naszej ery, zbudowanej za czasów cesarza Trajana. Żal, że takie miejsce jest w tak opłakanym stanie.

Po powrocie Sława się poddała. Oświadczyła, że idzie nabyć niezbędne fragmenty bielizny, bo ma dość tego, że jej plecak lata teraz po całej Europie. Doświadczyłyśmy przyjemności kupowania w kairskim sklepie. Niewiele rzeczy na nas pasowało: Egipcjanki są obficie wyposażone przez naturę z przodu i w okolicy bioder :DDDDD więc lwia część bielizny osobistej przypomina namioty tuaregów :DDDDDDDD Mam przemożne wrażenie, że garderoba kupiona przez moją przyjaciółkę została zaprojektowana dla tutejszych nastolatek :DDDDDDD

Zjedliśmy kolację (na obiad była uliczna szałarma - z barana - luuuuuuuuuubię baraninę :D od dzisiaj) w znajomej falafelowni. Właściciel ucieszył się szaleńczo i zażądał przegrania mu zdjęć z wczoraj na jakąś płytę :D Potem próbowaliśmy nowych rzeczy. Jestem fanką ulicznych knajp :DDDD W małych, cieniutkich berecikach można zjeść: 1) pyszne tałamyje - klopsiki z ciecierzycy z pomidorami i pietruchą, 2) batindżan w tomacie :DDDD czyli bakłażan z pomidorami, 3) pastę z bakłażana z czosnkiem i tahiną, 4) szakszukę czyli jajo z pomidorami, która jako żywo przypomina naszą jajecznicę na pomidorach, ale z racji zupełnie innych proporcji smakuje znacznie lepiej :D
Teraz najedzone, opite jak bąki gorącą herbatą, czekamy na dalszy ciąg serialu pod tytułem "Bagaż w obłokach", który po malutku zaczyna przeradzać się w wenezuelską telenowelę :DDDD

sobota, 14 listopada 2009

Miało być jak zawsze.....

..... a jest jeszcze lepiej :DDDDDDDDD

Leciałyśmy w nocy. Echo jakichkolwiek widoków. Za to sam lot był przedsmakiem Kairu :D

Prócz kilkorga Europejczyków, w tym nas, same afrykańskie rodziny z maleńkimi dziećmi. Między rzędami siedzeń przewalały się tłumy egipskich tatusiów niańczących i uspokajających maluchy. Mamy siedziały sobie spokojnie i oceniały sytuację, a ojcowie przebierali, karmili, kładli spać, przewijali i plotkowali na potęgę :D I hołubili swoje połowice. Normalnie atmosfera jak na suku :DDDD

Nad Kairem zaczęliśmy kołować. Długo. Bardzo długo. Nie dziwcie się. Było pięknie. Miasto z góry wygląda jak klejnot. Albo jak kolonia fluoryscenecyjnych grzybów lub bakterii. Naprawdę. Jest cudowny - nie potrafię tego opisać. W dole płynęły rzeki świateł, a meczety wybijały się błękitno-zielonym kolorem na tle całej metropolii.

Na lotnisku okazało się, że doleciałyśmy tylko my. Nasz bagaż już nie. Omamione obietnicą telefonu i odwiezienia nam walizek do domu, wzięłyśmy taksówkę i odbyłyśmy lekko drastyczną podróż do miejsca zakwaterowania. Pan oferujący swoje usługi, okazał się być przypadkową osobą i połączył przyjemne z pożytecznym, transportując nas do Heliopolis za podwójną stawkę :DDDDD Odkryłyśmy przy okazji, że w Kairze nie istnieją żadne przepisy drogowe, a przy przeglądzie technicznym najważniejszą sprawą jest klakson, którego tutaj używa się tutaj bez żadnych ograniczeń :DDDD

Rano obudziła nas kakofonia klaksonów i ostre światło. I śpiewy muezinów.

Pojechałysmy do piramid.

Hmmmmmmm. Mówiąc szczerze wrażenie zrobiły na mnie niewielkie. Chyba przez stada wycieczek i karawany autobusów. I naciągających nas na wydatki miejscowych handlarzy "wszelkim dobrem" :DDDD Dopiero w samej piramidzie zdałam sobie sprawę z ogromu budowli nade mną i ciężaru kamulców, z których to wszystko stworzono. Hmmmmmm. Wychodziłam baaaaaardzo szybko. Jak wrócę uzupełnie wpisy o zdjęcia i komentarze.

Właściwie pod piramidami największą atrakcję stanowiłyśmy my czyli Sława i ja. Egipcjanie bez przerwy namawiali nas do fotografowania się ze sobą, wypytywali skąd jesteśmy, czym się zajmujemy, jak duże są nasze rodziny. Tego dnia byłyśmy byłyśmy bardziej oblegane niż piramida Chefrena :DDDDDDDD


W drodze spod piramid do domu odkryłyśmy, że wieczorem będzie mecz. Wielki mecz między Egiptem a Algierią. Po ulicach jeździły masy aut z zachwyconymi kibicami, wyły syreny, ludzie skandowali "Egipt, Egipt", trzaskały fajerwerki, wszyscy śpiewali, tańczyli, walili w bębny i korzystali z wszelkich możliwych okazji do zrobienia jeszcze większego hałasu :DDDDDD Żadnej agresji tylko wielka, wielka radość, a potem........ Kair zamarł. Tylko z okien słychać było entuzjastyczne ryki przy każdej bramce. Brak alkoholu sprawił że całe miasto bawiło się do białego rana :DDD

Odzyskałyśmy jedną z walizek i przeżyłyśmy wielką radość, że nie będziemy musiały już zażywać kąpieli, po której trzeba się wycierać kłębem papieru toaletowego i jeszcze większą na widok czystej bielizny :DDDDDDDDDDD

Radość skończyłą się rano: potworną migreną i retrospekcją z posiłków z poprzedniego dnia. Podróż, zdenerwowanie zgubionym bagażem, dwie nieprzespane noce spędzone na poszukiwaniu ich na lotnisku zrobiły swoje.

Nic to. Po południu i tak wybraliśmy się z przemiłym Panem Jarkiem - archeobotanikiem, do Muzeum Kairskiego. Nie będę tego opisywać. Nie da się. Tam trzeba spędzić nie kilka godzin, ale kilka dni po kilka godzin żeby przyswoić, to co się zobaczyło. A jest co oglądać. Oj jest.

Ogólnie: Kair jest miastem potwornie zaśmieconym, hałaśliwym i męczącym, ale ludzie tutaj są życzliwi i chętni do pomocy. Pan z falafelowni niedaleko naszej kwatery poznaje nas już i pozdrawia z daleka, a dziś w małej kanjpce, w której jadłyśmy koszeri (niesamowicie smaczną mieszaninę makaronu, soczewicy, prażonej cebuli i pomidorów) mężczyźni ustąpili nam miejsc, umyli stół i tłumaczyli jak się to je :D Jeśli ktoś ma kompleksy poroponuję leczyć je tutaj :D Dla połowy facetów w tym mieście jesteśmy "habibi" (ukochana, najmilsza), a druga połowa próbuje empirycznie przekonać się (najlepiej w autobusowym tłoku) jak smakuje Europejka :DDDDDDDDD
Teraz siedzimy na tarasie. Pijemy polską żubrówke i palimy sziszę. Sława robi plany na jutro, bo wciąż jeszcze czekamy na jej bagaż. Może jutro znowu uda mi się dopaść komputer i napisać co się działo. Na razie dobranoc :D

czwartek, 12 listopada 2009

No to lecę

Właściwie najpierw jadę, a potem dopiero lecę.

Daleeeeeeeeeeeko.

Do ciepłych krajów.

Miałam takie cudowne wizje: ja, jako ten bocian lubo łąbędź - w każdym razie duże i białe - lecę do tych ciepłych krajów. Rzeczywistość jak zwykle jest złośliwa i polecę... jako wrona raczej, bo właśnie wyhodowałam sobie paskudne zapalenie gardła i wydaję z siebie rzężenie jak zepsuty diesel.

A co tam. Ciepłe kraje to ciepłe kraje. Gardło mi nie przeszkodzi. Idę się pakować i jeśli w trakcie tej straszliwej i niepojętej czynności nie zwariuję, to...lecę. Do zobaczenia :D

poniedziałek, 9 listopada 2009

Miś Bezimienny

Ano bezimienny.

Albo może już nazwany? Nie wiem, bo zamieszkał z Kimś Miłym, kto może nadał mu już jakieś imię :D

W każdym razie kolejny „Kołtuniak” :D

wtorek, 3 listopada 2009

Spać

Przejechał mnie czołg.



Potem ciężarówka.

Później ktoś zeskrobał mnie łopatą z jezdni i wetknął do maszynki do mięsa.

A wszystko przez za małą ilość światła w ciągu doby.
Bleeeeeeeeeeeeeeeeee!

Ale to nic! Za chwilę będzie grudzień i dzień się wydłuży.

I już zaraz przyjdzie wiosna :D O!